Palmiry. O nauce czytania ze zrozumieniem

Długość trasy: 66 kilometrów.

Gdy w parku narodowym widzimy na tablicy napis: wróć do najbliższego szlaku, to warto zastosować się do polecenia. Nawet jeśli taka tablica wisi tylko kilkanaście kilometrów od Warszawy. Zboczenie ze szlaku skutkuje brodzeniem w błocie po kostki.

Dzisiaj jedziemy do Palmir. Marcin był jakiś czas temu na rajdzie w Kampinosie. Dojechali z grupą do Palmir, ale Marcin widział tylko cmentarz; do muzeum nie wszedł, bo jak twierdzi, był zbyt brudny i było mało czasu. Teraz jest okazja nadrobić tamte zaległości.

Z Grochowa, przez most Świętokrzyski przejeżdżamy na druga stronę Wisły i jedziemy w kierunku Młocin. Po drodze widzimy zachęcający plakat kierujący nas wprost do Kampinosu – jedziemy więc zgodnie ze znakami.

Dojeżdżamy do miejsca gdzie przez Wisłę biegnie najdłuższy w Polsce tunel pod dnem rzeki.

To tędy będą płynęły ścieki do oczyszczalni Czajka, zamiast bezpośrednio do Wisły, kolektorami wprost z mieszkań lewobrzeżnej Warszawy. Nadal nie da się przejechać gładko do Mostu Skłodowskiej – drogę tarasuje ogrodzenie. Jednak miły pan ochroniarz podpowiada, że wzdłuż płotu da się objechać budynek, będący wejściem do najdłuższego tunelu.

Za mostem skręcamy w młocińskie uliczki. W Warszawie wciąż jest sporo sielskich miejsc, cichych przedmieść.

Elektryczną i Królowej Jadwigi dojeżdżamy do Lasku Młocińskiego.

Giną nam gdzieś po drodze znaki na Kampinos, mimo tego Kampinoską wjeżdżamy do puszczy. Po drodze pojawiają się oznakowania drogi na Palmiry i znajome znaki kierujące na Kampinos.

Miga nam też tablica "wróć do najbliższego szlaku", ale nie przejmujemy się, bo droga wyraźnie jest uczęszczana – widać ślady kół. Raźno pedałujemy przed siebie, droga zmienia się najpierw w grząską ścieżkę, potem w błotny ściek, a wreszcie w bagnistą łąkę.

Mamy zapaćkane buty, komary tną niemiłosiernie. Każdy ruch nogą to wyrywanie butów z błotnistej mazi. Bagienko wydaje żarłoczne odgłosy za każdym razem gdy stawiamy kolejny krok. Jest jak na filmach, mówi Marcin – błotko niechętnie oddaje nam buty, próbuje zassać nasz obuwie. Ostatecznie droga urywa się i na około są tylko bagna. Wracamy. Droga powrotna jest równie mało przyjemna.

Po jakimś czasie docieramy do suchej ścieżki i tablicy, którą zlekceważyliśmy. Jak byk jest napisane, że droga nie jest dla turystów.

Jesteśmy brudni, pogryzieni i śmierdzimy błotem. Błoto i trawa powciskane są w zębatki i hamulce. Trochę czyścimy maszyny i ruszamy dalej.

Jedziemy w stronę Sierakowa. Po drodze mijamy obelisk poświęcony szarży Ułanów Jazłowieckich na pozycje niemieckie we wrześniu 1939 roku. Szwadrony ułanów z szablami w dłoni zaatakowały odziały niemieckie wyposażone w broń automatyczną i artylerię. Dzięki tej brawurowej szarży udało się przerwać oblężenie Warszawy i otworzyć drogę polskim oddziałom idącym na odsiecz stolicy.

Dyskutujemy o cenie takich działań. Podczas polskiego ataku zginęło ponad 100 ułanów i ponad 100 zostało rannych; łącznie oddział stracił ponad 20% stanu osobowego. Wjeżdżamy do Sierakowa.

Tym razem mijamy obelisk poświęcony żołnierzom Armii Krajowej. Generalnie Puszcza Kampinoska to wielkie pole bitwy; żołnierze ginęli tu w bitwach już w XVIII wieku. Przez Kampinos maszerowały też wojska Jagiełły w drodze na Grunwald.

W sklepie w Sierakowie posilamy się nieco. Pod sklepem stoi zaparkowany Traper2 produkowany przez Romet w latach siedemdziesiątych.

Z Sierakowa jedziemy do Palmir najpierw asfaltową drogą, potem znowu wjeżdżamy w las. Natrafiamy na Łosiówkę, dzisiaj ruiny piwniczki, kiedyś miejsce gdzie znajdowała się zagroda dla łosi. W 1951 roku z Białorusi sprowadzono łosie, które na nowo miały zasiedlić puszczę. Kampinos, kiedyś ostoja tych ciekawych zwierząt, po wojnie nie miał ani jednego łosia. Przywiezione zza wschodniej granicy zwierzaki rozmnożyły się i wraz z łosiem z Białowieży dały początek nowej generacji tych zwierząt. Według ostatniego spisu w Kampinosie może być nawet 350 sztuk łosi. A Łosiówka to osada strażników, którzy dyżurowali przy zagrodzie.

Wyjeżdżamy z lasu na przedwojenną, brukowaną drogę i dojeżdżamy do Palmir.

Po drodze mijamy kolejne krzyże i pomniki poświęcone ludziom ginącym za Polskę. W zasadzie wszędzie wokoło mijamy miejsca kaźni lub mogiły. Trudno w to uwierzyć; pogoda jest piękna i zachęcająca do wycieczek, a las wygląda tak sielsko. A do tego na drodze do muzeum spotykamy panią zażywającą przejażdżki konnej.

Nowy budynek muzeum ma nieco ponad rok. Zaprojektowany jest tak, by wtapiał się w puszczę. Wewnątrz budynku, w specjalnych przeszklonych tubach, rosną brzozy, a elementem wystroju są zdjęcia kampinoskich krajobrazów. Zewnętrzne ściany pokryte są blachą z imitacjami śladów po kulach.

Ekspozycja jest dojmująca. Lektor czyta listę osób rozstrzelanych w Palmirach. W gablotach leżą rzeczy znalezione podczas ekshumacji ciał w mogiłach zbiorowych - Niemcy byli tak pewni, że zbrodnia się nie wyda, że rozstrzeliwali ludzi z rzeczami osobistymi i dokumentami.

Piotrka szybko zmęczyła wystawa, choć przyznał, że muzeum świetnie zrobione. Marcin był bardziej wytrwały i poszedł jeszcze na cmentarz pomordowanych podczas wojny. Ponad połowa grobów to mogiły bezimienne.

Przed muzeum widzimy, kolejny już dzisiaj, zabytkowy rower. Gdy podziwiamy, na oko pięćdziesięcioletni sprzęt, pojawia się właściciel. Zapytany jak się jeździ na takim zabytku, proponuje Piotrkowi przejażdżkę. Rower trochę ciężko chodził, miał zdecentrowane koła i niezbyt sprawne hamulce. Ale działał pomimo zawansowanego wieku. Właściciel mówił nam, że przewoził tym rowerem sześćdziesięciolitrowe bańki mleka do punktu skupu.

Spotykamy w muzeum pana z "holenderskiej" Masy Krytycznej, żarówiasta koszulka zdradza go od razu.

Zbieramy się w drogę powrotną. Marcin szuka jeszcze polany gdzie podczas wojny zdetonowany został skład amunicji twierdzy Modlin, ale nie bardzo już nam się chce jeździć po piaszczystych drożynach; wracamy do domu.

Z Palmir jedziemy w stronę Truskawia mijając kolejne obeliski, mogiły i pomniki. Ulicą 3 Maja jedziemy przez Izabelin i Mościska. Potem Arkuszową do Wólczyńskiej, przez Chomiczówkę i Wawrzyszew. Co chwila ktoś na nas trąbi na wąskiej drodze. Potem Reymonta i drogą dla rowerów wzdłuż Broniewskiego przecinamy trasę AK. Aleją JP II jedziemy do ronda "Radosław" i dalej Słomińskiego do Mostu Gdańskiego. Potem już tylko Jagiellońska, kilka kolejnych ulic i jesteśmy w domu.

ten wpis na Facebooku

Tagi: #NWR #Rower #Warszawa #Piotr Todys #Piotrek Todys #Marcin Kowarzyk #Czajka #Młociny #Kampinos #Sieraków #Ułani Jazałowieccy #Czosnów #Cmentarz Wojenny #Chomiczówka #Wawrzyszew

Komentarze

Ostatnie wpisy

Pod Warszawą bitwa

Długość trasy: 75 kilometrów.

Z jakiegoś tajemniczego powodu, decydująca bitwa w wojnie z bolszewikami w 1920 roku nazywana jest Bitwą Warszawską; wszak wiadomo, że działania wojenne toczyły się sporo kilometrów od stolicy. Na tyle daleko, że jadąc śladami walk robimy sobie całkiem długą wycieczkę.

Cały wpis

Ciechanów - tylko piwa czasem brak

Długość trasy: 114 kilometrów.

Brakuje nam czasu, głównie Piotrkowi, by pojechać trochę dalej. Ostatnie nasze wycieczki oscylują wokół tras około 50 kilometrowej długości, dzisiaj zatem coś dłuższego.

Cały wpis

Towarowce w Skaryszaku

Długość trasy: 50 kilometrów.

Po południu w Skaryszaku będzie prezentacja rowerów cargo, a my lubimy takie użyteczne maszyny. Mamy do parku tylko kilka minut. Ale co to za wycieczka trwająca tylko kilka minut? Zatem jedziemy do tych towarowców lekko naokoło.

Cały wpis