Grochów w czasach zarazy
Długość spaceru: 15 kilometrów.
Koronawirus zmieni wiele w otaczającym nas świecie, świat nie wróci w wyjeżdżone koleiny. Tak samo nieodwracalnie zmieni się Grochów. To ostatni moment by zarejestrować zmiany.
Dzisiaj nie oddalamy się zbytnio od domu, planujemy bardziej spacer rowerowy niż przejażdżkę. Spotykamy się w pobliżu dawnego kina 1. Maj (przez lata sklepu MarcPol, a dziś Biedronka), niedaleko domu Marcina. Witamy się niezbyt wylewnie, bez przytulania – wiadomo, wirus.

Jedziemy do Dwernickiego, a potem skręcamy w Wiatraczną w stronę torów.


Przejazd zamykający ulicę jest połączeniem starożytności, kreatywności i uroku. W tle majaczy nowoczesność i klimat zaplecza.






To co nas tu przyciągnęło, to tory wyjeżdżające z terenu Szpitala Wojskowego na Szaserów. Nie wiemy kiedy były ostatni raz używane. Może miały służyć do przywożenia rannych sanitarnymi pociągami, a może wywożenia ściśle tajnych preparatów?

Jedziemy wzdłuż torów w kierunku odwrotnym niż brama, zmierzających w stronę Podskarbińskiej. Po lewej mijamy zaplecza osiedli, frontem sięgających do Chrzanowskiego.


Po prawej dogorywają działki, które za plecami mają końcówkę rozjazdów Olszynki Grochowskiej.

Do jednego z domków prowadzi przejście przez tory, dla wygody wyłożone dywanikiem. Trwałość tego rozwiązania pokazuje, że nie tylko dawno nie jechał tędy pociąg, ale też nikt się tu nie spodziewa gwizdu lokomotywy.

Mijamy płot osiedla i jedziemy w cieniu płotu kolejnej, a może tej samej budowy.



Jesteśmy coraz bliżej Podskarbińskiej. Tory są coraz bardziej zarośnięte. Zaplecze nadal jest mocno tymczasowe, a w tle majaczą kolejne nowe budynki.



Na torach pojawiają się rury, niektóre donikąd nie prowadzą, w innych coś bulgoce i rusza się. Wiemy, że jesteśmy pośrodku cywilizacyjnego zamieszania, jednak miejsce robi wrażenie scenerii z horroru klasy B.

Choć pogoda piękna, wiosenna, aura jest bardziej jak z okolic Czarnobyla. Jakoś zaraz przywodzi nam z lekka ostateczne skojarzenia.




Jesteśmy na ternie dawnych zakładów, magazynów, czegoś przemysłowego. Teraz już wygolonego, pewnie pod kolejne bloki.





Widać dbałość o szczegół i urodę wspólnych przestrzeni. Jest też artystyczna instalacja, chyba protest przeciw przemijaniu.



Nie da się opuścić tego terenu, bramy, furtki pozamykane są na solidne kłódki, jakby dało się stąd jeszcze coś wynieść.


Jakoś wydostajemy się, znajdując drogę przy torach i oglądamy bramy i płot od frontu. Okazuje się, że byliśmy na terenie posesji przy Podskarbińskiej 32/34. Jeszcze parę lat temu okolica wyglądała zupełnie inaczej. Wokół się burzy i buduje. Ludzie będą mieszkać. Przetrwały tylko resztki fasad i stare tablice. Ostatnie ślady, ze Grochów był kiedyś przemysłowy. Przed wojną mieściła się tu Fabryka Dźwigów Braci Jenike. Zakład produkował dźwigi, żurawie i suwnice, które były odznaczane złotymi medalami na wystawach w kraju i za granicą. Zakład przy Podskarbińskiej powstał w latach 1937-38. Do września 1939 roku zbudowano na tym terenie dom biurowo-mieszkalny oraz halę fabryczną. Fabryka niezniszczona przetrwała wojnę. W 1952 roku dawną fabrykę upaństwowiono, tworząc Wytwórnie Sprzętu Komunikacyjnego "Warszawa II". W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku produkowano tu min. części do sterowania rakiet przeciwpancernych i czołgów. Współcześnie był też plan, żeby zachować te przestrzenie dla współczesnych rzemieślników. Smutne jest, że tak mało troszczymy się w Warszawie o przedwojenne ślady miasta – bardzo niewiele ich dzisiaj przetrwało.




A jeszcze trzy lata temu dom biurowo-mieszkalny, z czasów Fabryki Dźwigów, stał i wyglądał przyzwoicie (zdjęcie poniżej z 2017 roku).

Przy Podskarbińskiej, pod samymi oknami budujących się bloków, jest kaplica. Jest tymczasowa, choć bardzo solidna. A będzie tu stał kościół, dość blisko domów mieszkalnych.


Najbardziej zaskakuje nas adres: Żupnicza. Gdzie Żupnicza, a gdzie Podskarbińska? A jednak, gdy spojrzeć na mapę, także na tę przedwojenną, to widać jej przebieg, choć mocno jest poprzerywana.

Cofamy się w stronę torów i wjeżdżamy w równoległą do nich uliczkę wewnętrzną na wysokości Podskarbińskiej 51. Widać po nawierzchni z kocich łbów, że ulicę wytyczono dawno, może nawet przed wojną. Jak to przy torach, stoją tu jakie kolejowe budynki, nawet w dobrym stanie. Jest kawał jakiegoś starego muru, i pusty plac z tablicą Huty Ostrowiec. Pomieszanie przeszłości, zaplecza i obnażenia.





Dojeżdżamy Podskarbińską do Mińskiej. Tu rośnie kolejne blokowisko z domami o wdzięcznych nazwach: Praho, Olimpic, Rewir. Na tym terenie przed wojną były zakłady inżynieryjne, po wojnie drukarnia i fabryka czcionek drukarskich. I do tej historii odwołuje się deweloper. Nawet zachował jeden budynek drukarni. Szkoda, że w rzeczywistości duch tego miejsca to tylko wspomnienie.



Po drugie stronie ulicy jest tor kolarski – tak zwane Nowe Dynasy, skąd niedawno ruszaliśmy na Pojazdówkę.



Wjeżdżamy jeszcze w Chodakowską, aby trochę potropić tory, od których zaczynaliśmy spacer przy szpitalu na Szaserów. Malownicze są te rozjazdy, trochę jak z makiety w Składnicy Harcerskiej na Marszałkowskiej. A po drugiej stronie torów jest odnowiony budynek, kiedyś technikum kolejowego. Ciekawe co tam teraz jest?


Patrząc w lewo, widać świetnie Warszawę Wschodnią. Jak blisko jest z Wiatracznej do Wschodniej, gdyby jechać wzdłuż torów ze szpitala.

Zapuszczamy się jeszcze na opuszczony plac, do którego prowadzi uliczka równoległa do Żupniczej.


Widać stąd świetnie budynek Feniksa, stojący na terenie coraz bardziej okrawanego Soho Factory. Jaka to jest kolubryna, jaki brzydki jest ten dom.

Wracamy do Żupniczej i zatrzymujemy się zaraz za budynkiem Simensa. Marcin zawsze chciał wjechać w bramę budynku, który stoi cofnięty od ulicy.

Wjeżdżamy i okazuje się, że za kamienicą jest ulica – to Nowińska. A na niej tylko dwa domy i opuszczony sklep. Jakbyśmy weszli w jakiś inny obszar czasu. Brama domu zadziałała prawie jak teleport. Już po wycieczce uświadamiamy sobie, że uliczką, w którą wjechaliśmy od Chodakowskiej to też Nowińska. Przed wojną w części biegła jak dzisiejsza Żupnicza.




Nie odmawiamy sobie przyjemności popatrzenia na tory Wschodniego z innej niż zwykle perspektywy. Jeszcze rzut oka i wracamy. Spacer dzisiaj krótki, ale jest radocha, że korona nas nie pokona, przynajmniej dzisiaj. Jazda w dystansie na pewno uchroniła nas przed zarażeniem.


