Muzeum Nietypowych Rowerów

Długość trasy: 138 kilometrów.

Pierwszy atak zimy odpieramy w Muzeum Pijaństwa, a pierwszym celem zimowej wycieczki jest Muzeum Nietypowych Rowerów. Na dokładkę aplikujemy sobie 100 kilometrów szosowej jazdy.

Po bardzo długiej przerwie należy nam się porządna wyprawa. Znaleźliśmy w internecie Muzeum Nietypowych Rowerów z siedzibą w miejscowości Gołąb koło Dęblina. Odległość przyjazna, Lubelszczyzna obiecuje ciekawe krajobrazy, więc warto się ruszyć. Dzień przed wyjazdem miny nam rzedną, bo zaczyna padać śnieg i sypie tak przez całą noc. Jednak słowo się rzekło, a poza tym umówieni jesteśmy z panem Józefem Konstantym Majewskim, kustoszem muzeum.

Ruszamy Grochowską w stronę Wawra, ruch mały, chyba ludzie śpią jeszcze korzystając z dodatkowej godziny snu, podarowanej przy okazji zmiany czasu. Płowiecką dojeżdżamy do Błękitnej, potem Widoczną do Mrówczej. Zaraz za Zwoleńską zatrzymujemy się na chwilę przy budynku dawnej stacji kolejki wąskotorowej w Międzylesiu.

Dosłownie obok stoi Świdermajer, przykład architektury charakterystycznej dla letniskowej zabudowy linii otwockiej. Ten wprawdzie jest montażem drewniano-ceglanym, jednak w okolicy można spotkać sporo dobrze zachowanych drewnianych arcydzieł architektury. Jest zimno i droga daleka przed nami, więc ruszamy obiecując sobie powrót w te okolice dla samych Świdermajerów.

W Falenicy rzut oka na skrzydlatą stację kolejową, która oparła się zakusom modernizatorów z PKP.

A w budynku stacyjnym kinokawiarnia Stacja Falenica. Klimatyczne miejsce gdzie można napić się red latte, czyli herbaty rooibos podanej jak cafe latte, kupić książkę lub obejrzeć film – niekoniecznie z Hollywood. Jednak kawiarnia ze względu na wczesną porę jest jeszcze zamknięta.

Jedziemy dalej ulicą Marszałka Jozefa Piłsudskiego w stronę Otwocka. W Józefowie miła niespodzianka – elegancko odśnieżone drogi dla rowerów. Zeszłej zimy mieliśmy jak najgorsze doświadczenia ze służbami zaskoczonymi zimą. Warszawskie drogi dla rowerów po prostu nie były odśnieżane. Może w Józefowie władze myślą cieplej o rowerzystach.

Dojeżdżamy do Otwocka, a potem Karczewską, a jakże, do Karczewa. Dalej Częstochowską do Otwocka Małego i tu kończy się kameralna jazda. Od tej pory już do Gołębia jedziemy drogą krajową nr 801. Prawie 100 kilometrów jazdy po szosie w towarzystwie samochodów i ich właścicieli – czasem mało uprzejmych dla dwóch rowerzystów. A jadąc do Garwolina narzekaliśmy na konieczność pokonania po szosie ponad połowę krótszego dystansu.

W okolicy Kępy Radwankowskiej zatrzymujemy się na stacji benzynowej by się trochę posilić, ogrzać i dać odpocząć naszym czterem literom. Obu nas, niezależnie od siebie, ujmuje instrukcja obsługi szczotki do WC. Jej prostota i bezpośredniość dobrze świadczą o autorze.

Gdzieś w okolicach rzeki Wilgi napotykamy stary wiatrak. Piotrek pamięta go jeszcze z czasów szkolnych wycieczek jako skrzydlatego stwora.

Na wysokości wiatraka psuje się nawierzchnia – droga zbudowana jest z płyt, jak kiedyś niemiecka autostrada pod Wrocławiem. Na fatalny stan nawierzchni narzekają także mieszkańcy okolicznych miejscowości. Droga 801 bywa nazywana Nadwiślanką, bo jej bieg na długim odcinku zbieżny jest z korytem Wisły.

W miejscowości Skurcza napotykamy malownicze spiętrzenie wody, a potem otwiera się przed nami ładna panorama Wisły.

Kilka kilometrów przed Maciejowicami napotykamy okazały posąg Chrystusa.

Same Maciejowice witają nas zgrabnym ratuszem i zadbanym ryneczkiem. Chwilę trwa zanim dociera do nas, że to „te” Maciejowice. Opodal rynku stoi potężny pomnik upamiętniający Kościuszkę i samą bitwę, ale dość koszmarny jeśli chodzi o wygląd.

Zatrzymujemy się w Stanicy Kościuszkowskiej. Nie zraża nas tabliczka „zamknięte” na drzwiach restauracji, która okazuje się być czynna. Posilamy się świetną pomidorową, podaną z makaronem i w ilości niespotykanej w stolicy. Zupa nas rozgrzewa i nawet podła kawa nie psuje nam humoru.

Ruszamy dalej osiemset jedynką. Droga malownicza, powoli nawet się trochę rozpogadza.

Dęblin wita nas zakazem jazdy na rowerach. Zanim jeszcze dojechaliśmy do zakazu, klaksonami pozdrawiali nas kierowcy.

Wygląda na to, że to miasto dla samochodziarzy, bo nawet drzewa pomalowano tak, by kierowcy nie spotkali się zbyt dotkliwie z majestatem przyrody.

Sam Dęblin nie robi na nas najlepszego wrażenia i bez żalu opuszczamy miasto.

Przy wyjeździe z miasteczka widzimy ciekawe zabudowania Twierdzy Dęblin i budynki koszar.

A już za miastem oglądamy miejsce gdzie Wieprz uchodzi do Wisły.

Dalej drogą 801 jedziemy w stronę Gołębia. Spotykamy ciekawy drogowskaz, nie rozumiemy czemu rowery miałyby być pijane.

W Gołębiu przez chwilę szukamy muzeum, miła pani ze spożywczaka wskazuje nam drogę. Po drodze jeszcze zahaczamy o kościół, podobno najładniejszą renesansową świątynię w kraju.

I za chwilę witamy się z panem Józefem Majewskim. Kustosz i właściciel muzeum jest gawędziarzem i mimo chłodu chętnie prezentuje nam muzeum, które mieści się w dawnych zabudowaniach rolniczych.

Najpierw kilka słów o historii roweru.

Muzeum jest interaktywne - Gospodarz prezentuje nam rowery, a potem my sami możemy spróbować pojeździć.

Zaczynamy oczywiście od bicykla. Potem oglądamy Stridę, rowerek dojazdowy zgrabnie składający się w pakunek do łatwego przenoszenia.

Idea zbierania i konstruowania nietypowych rowerów narodziła się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy pan Majewski był nauczycielem w technikum. Wtedy też uczniowie zaczęli budować rowery, aby zaliczyć edukację . Samo muzeum istnieje 6 lat, ma ponad 60 eksponatów, a w tym roku odwiedziło je około 4000 osób. Pan Józef pokazuje nam rower, który w zasadzie składa się tylko z kół i pedałów.

Nam nie udaje się na nim pojechać. Marcinowi spodobał się najbardziej praktyczny rower transportowy. Ciekawie też wyglądają rowery poziome. Zaintrygowała nas hulajnoga napędzana podobnie jak maszyna do szycia, ale też hulajnoga dla całkiem dorosłych osób.

Kustosz nie tylko świetnie opowiada, ale też doskonale jeździ na swoich eksponatach. Nam idzie z różnym szczęściem.

Za ścianą Muzeum Rowerów, pan Józef ma Muzeum Pijaństwa. Zgromadził mnóstwo butelek po trunkach z wielu stron świata. Butelki mają kształt serca, pepeszy, niedźwiedzia. Zaczynamy rozumieć treść drogowskazu witającego nas przy wjeździe do Gołębia.

Zaczyna się już ściemniać, gdy po dwóch godzinach spędzonych w muzeum jedziemy w stronę Dęblina.

Wsiadamy w pociąg, tłoczymy się z rowerami (za których przewóz trzeba zapłacić) na ostatnim pomoście składu. Po półtorej godziny jazdy jesteśmy na Wschodniej.

ten wpis na Facebooku

Tagi: #NWR #Rower #Warszawa #Piotr Todys #Piotrek Todys #Marcin Kowarzyk #Muzeum Pijaństwa #Międzylesie #Świdermajer #kinokawiarnia Stacja Falenica #Otwock #Karczew Wilga #Gołąb #Dęblin #Maciejowice #Wieprz

Komentarze

Ostatnie wpisy

Pod Warszawą bitwa

Długość trasy: 75 kilometrów.

Z jakiegoś tajemniczego powodu, decydująca bitwa w wojnie z bolszewikami w 1920 roku nazywana jest Bitwą Warszawską; wszak wiadomo, że działania wojenne toczyły się sporo kilometrów od stolicy. Na tyle daleko, że jadąc śladami walk robimy sobie całkiem długą wycieczkę.

Cały wpis

Ciechanów - tylko piwa czasem brak

Długość trasy: 114 kilometrów.

Brakuje nam czasu, głównie Piotrkowi, by pojechać trochę dalej. Ostatnie nasze wycieczki oscylują wokół tras około 50 kilometrowej długości, dzisiaj zatem coś dłuższego.

Cały wpis

Towarowce w Skaryszaku

Długość trasy: 50 kilometrów.

Po południu w Skaryszaku będzie prezentacja rowerów cargo, a my lubimy takie użyteczne maszyny. Mamy do parku tylko kilka minut. Ale co to za wycieczka trwająca tylko kilka minut? Zatem jedziemy do tych towarowców lekko naokoło.

Cały wpis