Boże Ciało - Tatarskim Szlakiem
Długość trasy: 133 kilometry.
Podlasie zawsze nas pociągało. Byliśmy już w Siedlcach i Białymstoku. Tym razem pociągnęło nas pod samą białoruską granicę.
Jedziemy na Wschodnią by wsiąść w pociąg do Suwałk. Piotrek jest spokojny: mamy miejscówki, wykupione bilety na rowery, pociąg ma duży wagon rowerowy. Nasz spokój zostaje zachwiany już na peronie; tłum ludzi i w dodatku sporo rowerzystów.

Prawdziwy niepokój nas ogrania gdy próbujemy wsiąść do pociągu. Wagon rowerowy jest zawalony, nie ma szansy by do niego wejść. Ostatni pomost w ostatnim wagonie jest również zastawiony, wpychamy się na pierwszy blokując przejście między wagonami. Miejscówki szlag trafia, bo miejsca są w wagonie rowerowym, my stoimy przy kiblu tłumacząc się i przepraszając podróżnych.



Co chwila ktoś nas poucza, że źle stoimy. Dwa patrole SOKistów, pasażerowie próbujący dostać się do toalety, osoby próbujące wsiąść do pociągu. Piotrkowi obrywa się od taty chcącego z małym dzieckiem w wózku wsiąść do wagonu. Najpierw Piotrek słyszy, że wagon rowerowy jest na początku składu, potem, że jest bezczelnym typem, który nieuprzejmie odpowiada. Dlaczego wszystkim wydaje się, że naszą misją jest stać w przejściu obok kibla? Nikt nie pyta nas, co z naszymi miejscami. Od konduktora dowiadujemy się, że na Zachodniej wsiedli ludzie z rowerami, ale bez biletów. A kolej przecież wszystkich zabiera, nikogo nie wyprasza; taką mają dewizę.
Kilkugodzinna podróż męczy nas i irytuje. Najbardziej bojowo nastawiona jest Marta (i tym razem jedziemy we trójkę) i obiecuje, że w drodze powrotnej nie odpuści i wyegzekwuje nasze miejsca w wagonie rowerowym. Po trzech i półgodzinie wysiadamy w Sokółce. Z nami wysiada parę osób, które czekają na pociąg do Grodna. Jest cicho i spokojnie. Spływa z nas napięcie mało przyjemnej podróży.



Sokółka, dwudziestotysięczne miasteczko, ma prawa miejskie od 1609 roku. Na rynku wita nas odremontowana cerkiew pod wezwaniem św. Aleksandra Newskiego i ratusz.




Kręcimy się trochę po mieście, mijając zabytkowe kamieniczki. W pewnej chwili zastępuje nam drogę procesja Bożego Ciała. Robi na nas wrażenie młodzieżowa orkiestra dęta. Przepuszczamy procesję i ruszamy w stronę Krynek. Piotrek łapie gumę, może to jakiś znak; zmienia dętkę i teraz już naprawdę ruszamy.




Z drogi 674 skręcamy na Bohoniki, pierwszą wieś na Tatarskim Szlaku. W drodze na Bohoniki mijamy kopalnię żwiru wyrastającą pośród pól.


Dzięki nadaniom Jana III Sobieskiego, w Bohonikach i okolicznych wsiach, rozpoczęło się osadnictwo tatarskie i zbudowano meczety – widomy znak religijnej otwartości II Rzeczpospolitej.




Kierujemy się w stronę Malawicz. Spotykamy dwie panie na koniach, które sugerują, że my także poruszamy się na rumakach, tylko trochę innych. Okolica jest malownicza i kojąco na nas wpływa.



Gdzieś w okolicach Wojnowic natykamy się na głodnego kotka. Marcin poświęca swoje kanapki by podratować malucha.


Sielskość jest coraz większa i dopada nas beztroska.




Zaczyna się też, znany nam skądinąd, festiwal nazw miejscowości.


Do tej pory jechało się nam dobrze, głownie po asfaltowych drogach. W Szczęsnowicach zaczyna się obrzydliwy bruk; na pewno wyraz jeszcze przedwojennej myśli technicznej. Jazda po takiej nawierzchni to dla nas utrapienie. Obecność bruku oznacza jednak, że w czasie powstawania drogi wieś musiała być ważna i bogata. Na ledwie używanym przystanku znajdujemy ogłoszenie o pokazie maszyn rolniczych, a na oborze widzimy wielkopowierzchniowe dzieło sztuki.




Przejeżdżamy przez Babiki i Knyszewice. W Słoji przecinamy rzeczkę o tej samej nazwie i skręcamy w drogę szutrową. Jeśli przychodziło nam do głowy narzekać na bruk, to grzeszyliśmy. Teraz dopiera zaczyna się mordęga. Koła się zapadają, wszystko się pyli na biało. Po jakimś czasie widać jednak wybawienie, na horyzoncie Szudziałowo z perspektywą bardziej cywilizowanych dróg.





Wyjeżdżamy na drogę 674 prowadzącą do Krynek. Wokół, jak pisał poeta, roztacza się morze traw. Falowanie i nam się udziela, jeszcze tylko odrobina reggae i my zaczęlibyśmy się kołysać.



Mijamy Krynki i kierujemy się w stronę Kruszynian. W okolicach Trejgli mijamy obelisk bez nazwy. Potem się dowiadujemy, że postawiono go na pamiątkę żołnierzy radzieckich poległych w walkach o Krynki. Jeszcze parę kilometrów i jesteśmy w Kruszynianach.



W centrum wsi pięknie się prezentuje zielony meczet. Można go zwiedzać z przewodnikiem. Oczywiście trzeba zdjąć buty i być odpowiednio ubranym. Jednak krótkie, rowerowe spodenki nie są przeszkodą. Islam w wersji polskich Tatarów jest przyjazny dla sąsiadów, co też wielokrotnie podkreśla przewodnik. A sama społeczność jest demokratyczna, co objawia się w powszechnych wyborach muftiego – naczelnego zwierzchnika społeczności muzułmańskiej.





Po strawie duchowej pora na strawę bardziej fizyczną. Po drugiej stronie drogi, niemal na wprost meczetu, jest Tatarska Jurta; zgodnie z nazwą serwująca tatarskie jadło. Jak to u Tatarów, jadło jest pożywne i tłuste. Nomadzi rzadko mają świeże warzywa i nadmiar wody. Dominują więc potrawy mięsne, często jednogarnkowe. Marcin zamawia Pierekaczewnik, wielowarstwowe ciasto z mięsem indyczym. Marta je Katłamę, rulony makaronowe z mięsem zalewane świeżymi pomidorami i papryką. Piotrek decyduje się na Pyzę z białym serem i czosnkiem. A z głośników przygrywa tatarski pop.



Na terenie restauracji nie może zabraknąć prawdziwej tatarskiej jurty. Zaglądamy do środka i... chyba inaczej wyobrażaliśmy sobie wyposażenie takiego nomadycznego domku.



Nasyceni i lekko rozleniwieni wracamy w okolice meczetu, by odwiedzić Mizar – cmentarz muzułmański. Najstarsze nagrobki pochodzą z XVII wieku. Tradycyjne groby wyznaczone są przez dwa kamienie: większy w głowach mogiły, mniejszy w nogach. Współczesne groby przypominają katolickie, z wszechobecnym na cmentarzach lastryko. Ciekawe, że tak jak na żydowskich cmentarzach, nie przywiązuje się tu nadmiernej uwagi do dbałości o groby. Widać wszystkie wędrowne ludy podobnie traktowały swoich zmarłych i ich doczesne szczątki. Okres zaboru rosyjskiego odcisnął swoje piętno również na cmentarzu. Znajdujemy nagrobki z nazwiskami w cyrylicy.





Z Kruszynian wybieramy się do Łapicz, gdzie zamierzamy zanocować. Jedziemy drogą prowadzącą w stronę Ozieran. Najpierw jest to asfaltówka, potem gruntowa droga. Mimo, że dzień jest jednym z najdłuższych w roku, robi się ciemno.



W pewnej chwili doganiamy dzień i robi się znowu całkiem jasno. Zbliżamy się do Ozieran. Ozierany występują w wersji Wielkie i Małe. Obie wsie wyglądają trochę jak wymarłe. Prawie nie ma ludzi. Sporo gospodarstw jest niezamieszkałych. Droga do Łapicz wiedzie wzdłuż granicy polsko-białoruskiej. Na Białoruś jest rzut beretem, ale raczej nie będziemy przekraczać wschodniej granicy Unii Europejskiej. Zaczyna padać, ale Łapicze tuż, tuż. Jeszcze kilka obrotów pedałami i jesteśmy w domu Hanki, znajomej Piotrka. Jemy szybką kolację; zmęczeni i zadowoleni idziemy spać.



Hanka mieszka w zjawiskowym glinianym domu. Nie dość, że w pięknej okolicy, to na terenie gospodarstwa Hanka ma własny staw i cudne łąki. U Hanki można wynająć samodzielne mieszkanko wyposażone we wszelkie zdobycze cywilizacyjne. Jak przystało na Dom na Krańcu Świata, mieszkańcami posesji są także pies i kot, żyjące w dużej komitywie.





Po śniadaniu ruszamy w stronę Białegostoku drogą 676. Pogoda się psuje, zapowiada się na deszcz, a i wieje mocno. Słowem aura grozi nam paluszkiem. Jednak nawet w tym wydaniu Podlasie prezentuje się atrakcyjnie.



W Poczopku zatrzymujemy się na leśnym parkingu. Ale nie jest to byle jaki parking. To chyba najbardziej wypasiony leśny parking jaki wiedzieliśmy. Są eleganckie ławeczki; miejsce do ćwiczeń dla zmęczonych kierujących samochodami; eleganckie źródełko; toalety, w tym dla niepełnosprawnych; miejsce poboru prądu i wody dla autobusów lub kamperów. Istne cudo. Ten obraz zaburza nieco nieposprzątana toaleta. Ale i tak, czapki z głów. Parking jest początkiem ścieżki dydaktycznej Silvarium. Parking i ścieżkę stworzyło Nadleśnictwo Krynki.




Ruszamy dalej w stronę Supraśla. Droga wiedze raz w górę, raz w dół. Różnice poziomów są rzędu kilkudziesięciu metrów. Szczęśliwie chyba częściej jedziemy w dół.
Przy wjeździe do Supraśla zatrzymujemy się przy cmentarzu prawosławnym, założonym w 1900 roku. Cmentarna cerkiew pod wezwaniem św. Jerzego Zwycięzcy do połowy XX wieku pełniła funkcję świątyni parafialnej w Supraślu. Na cmentarzu czytamy ogłoszenie o wycince drzew i możliwości otrzymania darmowego drewna. I trzeba przyznać, że ciekawie wygląda połączenie stroju duchownego z techniką rolniczo-leśną.




Supraśl znany jest głownie z klasztoru z gotycką cerkwią pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Maryi, a także z muzeum ikon. Oryginalna budowla z XVI wieku została w czasie II wojny światowej zburzona. Klasztor przeżywał burzliwe chwile, a jego historia świetnie obrazuje losy pogranicza kultur i narodów. Klasztor został ufundowany dla ojców Bazylianów; był klasztorem unickim, prawosławnym, a w czasie I wojny światowej miejscem stacjonowania wojsk niemieckich. W czasie II Rzeczpospolitej państwo polskie wydzierżawiło klasztor zakonowi Salezjanów. We wrześniu 1939 roku budynki klasztorne stały się siedzibą radzieckiego garnizonu, który ogołocił klasztor i cerkiew z czego się dało. Po wojnie odbudowano klasztor i zorganizowano w nim Technikum Mechanizacji Rolnictwa. Dziś znowu jest tu prawosławny męski klasztor.




Z Supraśla do Białegostoku mamy kilkanaście kilometrów i dość komfortową sytuację, bo w zasadzie do samego Białegostoku prowadzi porządna droga dla rowerów.


Po drodze spotykamy pasjonata motoryzacji. Zrekonstruował radziecki motocykl K-750 z 1967 roku. Maszyna prezentuje się dostojnie.


W strugach deszczu, zapowiadającego się od samego rana, wjeżdżamy do Białegostoku. Przestaje padać na chwilę, chyba głównie po to by można było zainstalować stację roweru miejskiego. Jedziemy w stronę Rynku Kościuszki, by coś zjeść i usiąść na czymś innym niż siodełko roweru.





Centrum miasta jest dość przyjazne rowerzystom i widać sporo osób przemieszczających się na rowerach.


Nam rzuca się w oczy dopracowany w szczegółach rower o wdzięcznej nazwie Monika. Rower w dużej części ręcznie malowany, zdobiony kryształkami i srebrnymi nalepkami. A na deser spotkaliśmy właścicielkę i twórcę roweru gdy ruszaliśmy na dworzec.



Nasyceni, napojeni i rozleniwieni dojeżdżamy na dworzec.


Mamy wracać tym samym pociągiem, którym poprzedniego dnia przyjechaliśmy. Marta jest bojowo nastawiona i gotowa do walki o miejsca dla nas i naszych rowerów. A tu niespodzianka. PKP zareagowało błyskawicznie i podstawiło dodatkowy rowerowy wagon, nawet nienumerowany. W regularnym wagonie ciasno, w dodatkowym luksusowo. Nasze rowery i my podróżujemy niemal komfortowo. Kilka godzin jazdy i jesteśmy na Wschodniej.




