Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Dzień pierwszy

By zbliżyć się do narodowego skarbu najpierw wsiadamy w pociąg. Nie ma z Warszawy bezpośredniego połączenia z Hajnówką (kiedyś było), ale na szczęście czeka nas tylko jedna przesiadka w Siedlcach. Podlasie zawsze nas pociągało, a wolne dni w okresie Bożego Ciała wykorzystaliśmy już raz na zwiedzanie naszych wschodnich rubieży.

Jesteśmy we trójkę, towarzyszy nam Marta. Ruszamy z Warszawy Wschodniej, najpierw jednak kawa i małe śniadanie, bo rano jest i w domu nie bardzo chciało nam się zajmować przygotowywaniem posiłku. Mimo świtu na dworcu duży ruch – długi weekend to czas przemieszczania się ludności.

Chętnych do podróżowania z rowerami dużo. Na szczęście jedziemy pociągiem Kolei Mazowieckich; miejsca na bajki więcej niż w Intercity i w dodatku nasze maszyny podróżują bezpłatnie. Są nawet siedzące miejsca, choć chętnych do jazdy, także z rowerami, w trakcie podróży wciąż przybywa.

Pociąg ma opóźnienie, ale nadrabia je w trakcie i do Siedlec dojeżdżamy punktualnie.

Przesiadamy się do pociągu Kolei Regionalnych. Chyba wszyscy rowerkowcy przesiedli się do naszego pociągu. Wszyscy się mieścimy, choć robi się ciasnawo – jedziemy pojedynczym szynobusem. Przewóz rowerów staje się płatny – dziwne to nasze państwo – zachęt do jazdy rowerem nie przybywa, a rower i pociąg jakoś nie chcą się skleić.

Osoby na wózkach i rodzice z dziećmi w wózkach też w tym pociągu nie będą miały lekko – niby brak schodów, ale różnica poziomów peronu i pociągu jest znaczna.

Mijamy Czeremchę, jeszcze trochę niespiesznego turkotania i po czterech godzinach od wyjazdu z Warszawy wjeżdżamy do Hajnówki.

Hajnówka oglądana od strony dworca nie prezentuje się zbyt urokliwie. Jeszcze będziemy mieli czas by zwiedzić miasto – teraz ruszamy w stronę Białowieży.

Pojawiają się pierwsze oznakowania Green Velo – na razie nie wiemy na ile będą przydatne. Ulicą 3 Maja wyjeżdżamy z miasta, a Celną wjeżdżamy w las. Jedziemy skrajem Wilczego Jaru i dajemy się skusić drogowskazowi na Świętą Krynoczkę.

Coś co miejscowa ludność nazwała Krynoczką, oficjalnie nazywa się uroczysko Miednoje, od rdzawego koloru wody w źródełku tu bijącym. Miejsce znane jest od XIII wieku, a wzmianki o leczniczych właściwościach źródła datowane są na XIX wiek. Ze względu na duże ilości żelaza i siarki występujące w wodzie, planowano zbudowanie tu sanatorium. Jednak w połowie XIX wieku zbudowano tu cerkiew.

Obok źródełka zbudowano kaplicę. Wodę można swobodnie pobierać. W smaku jest rzeczywiście metaliczna. Przybywający do źródła wierzą, że woda zeń bijąca ma właściwości lecznicze. Po obmyciu cudowną wodą wieszają na ogrodzeniu chustki i ściereczki, które zabierają ze sobą chorobę z obmytych miejsc.

Wracamy na drogę do Białowieży. Droga prowadzi cały czas przez las. Czasem przerzedzony i ze znakami gospodarczej aktywności, czasem wyglądający na niemal nietknięty.

Towarzyszą nam stale znaki Green Velo, ale nie ma na nich dokładnych informacji. Rozumiemy, że bez mapy trudno będzie nam skorzystać z ich wskazań.

Skręcamy w stronę Bud. A w budach zajazd Myśliwski u kolarza, ale chyba i myśliwi i kolarz gdzieś się oddalili.

Okolica jest zdecydowanie cywilizowana. W Budach jest nie tylko zajazd, ale jest też Sioło i Skansen Budy. Nie robi na nas specjalnego wrażenia. Trochę stylizowanych domów i w zasadzie dwie ciekawe chałupy. Co prawda nie ma co narzekać: jest gdzie zjeść, całość jest zadbana. Można tu nawet zanocować i pobyć kilka dni.

No to my dalej popylamy. Jedziemy przez Teremiski w stronę Białowieży. Puszcza jest wszędzie wokół, choć to nie jest teren parku narodowego.

Wszędzie tu jest bardzo pięknie a i wsie są zadbane i schludne. Miło się chyba mieszka w takiej urokliwej okolicy. I bocianich gniazd całe mnóstwo.

I widać kto tu rządzi. Na Mazowszu Legia, na Podlasiu Jaga.

Widzimy znowu oznaczenia Green Velo. Te są dokładniejsze, maja numer drogi, wskazują miejsce i odległość do niego. Marcin chce zobaczyć Pokazowy Rezerwat Żubrów. Jak czytamy na stronie Białowieskiego Parku Narodowego „zwierzęta w Rezerwacie eksponowane są w warunkach półnaturalnych, w dużych zagrodach pokrytych naturalną roślinnością, mogą więc nie być widoczne przez cały czas”. Lekko podekscytowani jedziemy.

Trochę nas mrozi widok tylu samochodów – to raczej warszawski krajobraz niż puszczański. Potem jest jeszcze gorzej.

Zwiedzanie rezerwatu na piechotę kosztuje 10 złotych od osoby, ale na rowerze 15 złotych, to bardzo swoiście rozumiana promocja proekologicznych zachowań – rozumiemy już skąd ten tłum samochodów na skraju parku narodowego.

Jeździmy po rezerwacie i smutno nam. To raczej zoo. Spodziewaliśmy się wydzielonego miejsca, gdzie podejdą zwierzęta, jak będą chciały podejść. A tu osowiałe zwierzaki, głównie leżące i gapiący się ludzie. My też się gapimy. A smutek coraz większy. Spadamy stąd.

Przez las jedziemy do drogi wojewódzkiej 689. Towarzyszą nam, sławne już w całej Polsce, zakazy wstępu do lasu. Słabo to wygląda: do ogrodzonego zoo – rezerwatu można wejść za pieniądze, do otwartego lasu w ogóle nie można wejść.

Przy wjeździe do Białowieży wita nas Orlen z ogromnym wyborem trunków – taki paliwowy sklep monopolowy. A potem co chwila jakieś żubry informują nas gdzie jesteśmy. Ciekawe czy mieszkańcy zauważają te sztuczne żubry?

Podczas przejazdu przez Białowieżę towarzyszą nam mieszane uczucia. Jedziemy w zasadzie przez nieco większą wioskę, jakby przypadkiem zlokalizowaną przy parku narodowym. Wiemy, że II Wojna Światowa zahamowała rozwój miasteczka. Jednak to co się nam głównie rzuca w oczy, to stragany i banery.

Jest też cerkiew, trochę ładnych budynków, kamień poświęcony zabitym mieszkańcom, ale jakoś nic nas nie pociąga, nie zachwyca. Może te efekt niedawnego oglądania zoo z żubrami?

Szukamy czegoś do zjedzenia. Miejsc reklamujących się jako tradycyjna kuchnia jest sporo. Znajdujemy Leśną Dziuplę; trochę idiotycznie się nazywa stojąc w środku miasta. Jednak jedzenie bardzo dobre i niedrogie. A i litewski kwas chlebowy z lodówki urozmaica jedzonko.

Wracamy do Hajnówki kierując się na Pogorzelce.

Odwiedzamy obóz, w który powstał by bronić puszczę przed wycinką drzew. Jest w nim trochę pustawo, bo większość osób wybrała się na spacer po lesie. Ale w sumie dzisiaj jest około 70 osób. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni, bo po obozie oprowadza nas chłopak, który tu mieszka.

To genialny pomysł by pokazywać ludziom obóz. Z jednej strony można się dowiedzieć czemu powstał, z drugiej pozwala poznać i przedstawić zasady w nim rządzące. Generalnie atmosfera jest sympatyczna, spotykamy także parę rowerową, która jechała z nami pociągiem z Warszawy. My solidaryzujemy się z przeciwnikami wycinania drzew w puszczy i ingerowania w środowisko. Tyle jest lasów pod sznurek, gdzie ludzie organizują życie roślinom i zwierzętom. Puszczę Białowieską trzeba zostawić w spokoju.

Jedziemy Drogą Narewkowską w stronę Janowa. I napatrzyć się nie możemy jak tu pięknie.

Mijamy żeremie bobrowe.

Widać też ślady kolejki Hajnówka – Białowieża. Kolejkę wybudowali Niemcy w 1916 roku, by wozić ścięte drzewa do tartaków. Wybudowali nawet w Białowieży i innych okolicznych miejscowościach tartaki i stolarnie, a w Hajnówce fabrykę półproduktów chemicznych z drewna. W okresie międzywojennym rozbudowywano kolejkę, a jej trasy obejmowały prawie całą Puszczę Białowieską; łączna długość tras wynosiła około 360 kilometrów. Po II Wojnie Światowej po stronie polskiej pozostało około 180 kilometrów torów. Obecnie kolejka wozi tylko turystów na trasie Hajnówka - Topiło i Hajnówka - Postołowo.

Dojeżdżamy do Narewki. Miejscowość jest nieduża, cała gmina ma kilka tysięcy mieszkańców. Najbardziej okazałą budowlą jest cerkiew. Śmiejemy się, że z wyjazdu przywieziemy gównie zdjęcia świątyń.

Przez Świnoroje, Nowosady i Dubiny wracamy do Hajnówki, wojewódzką drogą bez specjalnych sensacji.

Gdy widzimy kopułę hajnowskiej cerkwi wiemy, że mamy już blisko do miejsca postoju. Ciocia i wujek Piotrka mieszkają niedaleko. Powoli kończy się nasz pierwszy dzień w puszczy. Jeszcze tylko dajemy się rozpuścić cioci Piotrka wspaniałym jedzeniem i serdeczną gościną i idziemy spać.

Dzień środkowy

Nie wstajemy zbyt wcześnie – wczorajsze kilometry i wstawanie skoro świt na pociąg powodują, że wylegujemy się ile się da. Przychodzi nas budzić Reksio, pies wujostwa Piotrka.

A po śniadaniu, Reksio odprowadza nas do furtki.

Kręcimy się trochę po Hajnówce. Tam gdzie mieszka ciocia Piotrka jest osiedle domów jednorodzinnych, jest cisza i spokój. Jednak bliżej centrum miasta jest bardzo różnie. Hajnówka jest miejscowością przejazdową po drodze do Białowieży. I tak my też ją postrzegamy – po prostu droga pośród domów bez właściwości.

Przypadkiem trafiamy na Muzeum i Ośrodek Kultury Białoruskiej. Budynek jest wielki i pamięta lepsze czasy. Białorusini stanowią dwadzieścia parę procent mieszkańców (według ostatniego spisu powszechnego Hajnówkę zamieszkuje 22 tysiące osób), a białoruski w 2007 został wprowadzono jako język pomocniczy w kontaktach z urzędem gminy.

A obok muzeum jest bazarek i kwitnie handel prosto z wozu.

W ośrodku informacji przy ulicy 3 Maja numer 45, miła pani wyposaża nas w różne informacje o regionie i zachęca do odwiedzenia Parku Miniatur Zabytków Podlasia. Czemu nie, jedziemy zatem na Bielsk Podlaski ulicą Bielską. Zaraz za granicami Hajnówki jest rzeczony park. Chodzić po nim to odlotowe uczucie, można się poczuć jak Guliwer. Rozmawiamy z właścicielem, bo jak się okazuje, Park Miniatur to całkowicie prywatna inicjatywa i rodzinna zarazem. Pan, który pełni też rolę kasjera, opowiada nam, że zwiedził kiedyś park miniatur w Kowarach i nie mógł potem spać, aż zdecydował że stworzy taki park na Podlasiu. Część ekspozycji wykonali córka właściciela i jej chłopak. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie na terenie parku rysunków Władysława Pietruka, które pokazują współczesne Podlasie.

A w parku oglądamy zabytki, które już widzieliśmy, jak choćby meczet w Kruszynianach widziany trzy lata temu. A synagogę w Orli zamierzamy zobaczyć dzisiaj.

Chodzimy całkiem długo po parku, ale pora się ruszyć, bo plany mamy jeszcze całkiem bogate. Przez miejscowość Progale dojeżdżamy do ulicy Wrzosowej w Hajnówce i potem jedziemy wzdłuż drogi wojewódzkiej numer 685. A obok jezdni zbudowano bardzo przyzwoitą drogę dla rowerów. Jest trochę nudno tak jechać obok samochodów, za to jest wygodnie i bezpiecznie.

Planujemy dojechać do Dubiczy Cerkiewnych, ale skręcamy za wcześnie i lądujemy w Koryciskach. A tam nie tylko bocianie gniazda przy co drugim domu, ale też piękny wiatrak. To młyn typu holender, czyli z nieruchomą podstawą i ruchomą czapą, w przeciwieństwie do koźlaków, gdzie cała budowla była ruchoma. Wiatrak zbudowano w 1948, działał do 1972 roku.

We wsi jest więcej ciekawych elementów kultury materialnej. Przed jednym z domów przygrywa kapela (ludowa), w innym miejscu jest zachęta by się nie rozpędzać.

A na końcu wsi jest mogiła czerwonoarmiejca, który poległ tu w lipcu 1944 roku.

Jednak twardo kierujemy się w stronę Dubicz Cerkiewnych, trochę nie pamiętając czemu my tam chcemy być. Wjeżdżamy do jakiejś miejscowości, to chyba Dubicze.

Tak, na pewno, taka okazała i piękna cerkiew musi stać, nomen omen, w miejscu z cerkiewnym przydomkiem.

Pierwsze wzmianki o Dubiczach pochodzą z XVI wieku, a pierwsza wzniesiona tu cerkiew podobno zapadła się pod ziemię.

Obecna cerkiew została zbudowana na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, w miejsce spalonej w czasie II Wojny Światowej.

W całej gminie mieszka około 2000 osób, mają doskonałą ofertę gastronomiczną: są tu trzy miejsca gdzie można zjeść. My jemy domowy obiad w minihotelu. W miejscowości są trzy świątynie, w tym zbór Kościoła Chrześcijan Baptystów i zbór Kościoła Zielonoświątkowego. Baptyści pojawili się we wsi w 1927 roku, a zielonoświątkowcy w 1928. Dubicze mają kilka ulic z nazwami, co raczej nie jest częste w przypadku wsi. Jest też ciekawa Izba kultury i tradycji Ochotniczej Straży Pożarnej.

Dubicze mają jeszcze jedną atrakcję, choć nieco kontrowersyjną, dla niektórych przynajmniej. To pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Czerwonej, poległych w latach 1941-44; pomnik wzniesiono całkiem niedawno, bo w 1985 roku. Na pomniku są naklejki, które raczej nie świadczą o kultywowaniu chwały Armii Czerwonej. Te naklejki mogłyby być przyczynkiem do rozmowy o szacunku dla zmarłych - z drugiej strony pomnik jest cały, a teren wokół w miarę zadbany.

Z Dubicz kierujemy się w stronę Orli. Pierwsze informacje o mieście Orla pochodzą z początków XVI wieku. W 1618 roku Krzysztof Piorun Radziwiłł nadał Orli przywilej dowolnego osiedlania tak chrześcijan jak i Żydów. Radziwiłł w 1622 roku wzniósł zamek i zbór kalwiński. W 1941 roku w Orli zamieszkiwało 2000 Żydów, co stanowiło ponad 80% mieszkańców miasteczka. W czasie wojny na terenie miasta utworzono dwa getta, następnie przemieszczono Żydów do getta w Bielsku Podlaskim, a potem wywieziono do obozu zagłady w Treblince.

Nic też dziwnego, że przy tak licznej społeczności zbudowano tak dużą synagogę. Murowaną świątynię wzniesiono w pierwszej połowie XVII wieku. W pobliżu synagogi stał też dom rabina i łaźnia żydowska. W czasie II Wojny Światowej był tam szpital i magazyn na zboże. Po wojnie w świątyni nadal był magazyn. W latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku synagoga zyskała nowy dach, zrobiono kanały centralnego ogrzewania, wymieniono okna i rynny. Teraz budowla jest zamknięta, choć gdy pójść do pobliskiego domu kultury, to miłe panie otworzą drzwi i wpuszczą do środka.

Synagoga wewnątrz jest mocno zniszczona i widać tylko resztki polichromii. Kiedyś musiały być bardzo piękne. Teraz odbywają się tu wystawy, koncerty, spotkania.

Jedziemy jeszcze na koniec wsi by odwiedzić kirkut. Przy drodze na Szczyty-Nowodwory widać niepozorny pagórek – to właśnie cmentarz żydowski. Jak na społeczność, której większość stanowili Żydzi, cmentarz prezentuje się, delikatnie mówiąc, mizernie. Trudno doszukać się tu śladów kobiet, mężczyzn, dzieci żyjących tu przez stulecia. Stąpamy ostrożnie, ze świadomością chodzenia pośród grobów.

Ruszamy dalej, w stronę Krywiatycz. Ale najpierw czeka nas niespodzianka, ulica ma nazwę, która, w dobie dekomunizacyjnego zapału, nie ma prawa istnieć.

A potem mijamy wiatraki, które, z tym widzianym przez nas w Koryciskach, mają niewiele wspólnego.

Mijamy Krywiatycze, przeprawiamy się przez Morze i dobijamy do Zbuczu. I tak jak rano, jesteśmy na drodze na Bielsk Podlaski, tyle, że tym razem zbliżamy się do Hajnówki. Ściemnia się i pora już na kolację. Jeszcze chwila i jesteśmy w domu wujostwa Piotrka.

Dzień wyjazdowy

Od rana pada. Nie chce się nam ruszać, choć mamy świadomość, że trzeba. Mamy plan, by wsiąść w pociąg w Czeremsze i dzięki temu popatrzeć jeszcze na okolicę. Ale pada, niebo ołowiane. Jak tu się ruszyć? Jak rasowe mieszczuchy myślimy o kawie. To nas motywuje do wyjścia, a i deszcz jakby przestawał padać. Gdzie by tu się napić kawy z ekspresu? To zadanie jednak jest trudne w hajnowszczańskich warunkach. Sprawdzamy kilka miejsc, ale to niecelne strzały. Wreszcie ratuje nas kawiarnia w budynku Ośrodka Kultury Białoruskiej. Zalegamy - jednak to niebezpieczne, bo pogoda zdecydowanie barowa.

Opuszczamy Hajnówkę przez Rondo Strażników Puszczy Białowieskiej i znowu, jak wczoraj, jedziemy w stronę Dubiczy.

Bociany wdzięcznie pozują. Cały ich tłum w okolicy. Może jednak to Podlasie jest krainą bociana, a nie Warmia i Mazury?

Za Jelonką skręcamy z drogi 685 w las i kierujemy się na Dobrowodę. W nazwie ukryta jest wróżba, jak to często bywa. Jeśli myśleliśmy, że do tej pory padało, to byliśmy w błędzie. Teraz zaczyna lać. Przemakamy mimo przeciwdeszczowych ubranek.

Ściana wody leje się z nieba, a apogeum ulewy zatrzymuje nas w Dobrowodzie. Stoimy sobie pod daszkiem przystanku, choć równie dobrze moglibyśmy stać obok, patrzymy jak woda sunie uliczkami. Jest malowniczo i wodniście.

Do Czeremchy rzut beretem. Jeszcze przeskok przez Repczycze i prowadzeni przez znaki Green Velo, które pojawiły się niespodziewanie, zmierzamy w kierunku stacji. Na stacji spotykamy osoby, które jechały z nami dwa dni temu z Warszawy.

Znowu jest ciasno dla ludzi i rowerów. Prowadzimy rozmowę z konduktorem o niezbyt udanym związku rowerów i kolei. W Siedlcach przesiadamy się do zdecydowanie większego pociągu. Czemu jednak mamy przesiadkę, skoro niemal cały pociąg z Czeremchy przesiadł się do tego siedleckiego, nikt nie wie - nawet konduktor. Rowery się mieszczą i ludzie się mieszczą. Niebawem dojeżdżamy do Warszawy.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.

Na zaporze

Długość trasy: 91 kilometrów.

Zalew Zegrzyński bywa celem naszych wycieczek; nasza pierwsza wyprawa, sześć lat temu, wiodła właśnie ku Jezioru Zegrzyńskiemu. Mamy jednak poczucie, że kierunek północny jest przez nas niedopieszczony. No i mamy małą wodną zaległość: Stopień Wodny Dębe.