Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.

Najpierw przez Wolę trasa dzisiaj biegnie, co oznacza, że musimy pokonać Most Śląsko-Dąbrowski. Obaj szczerze nie znosimy wjazdu w tunel Trasy W-Z od strony Pragi. Niby to niewielka różnica wysokości - po praskiej stronie niewiele pond 80 metrów, na wysokości Jana Pawła mniej niż 120 metrów, ale zawsze nas męczy to wspinanie się. Z alei Solidarności wjeżdżamy w Leszno, a potem w Górczewską. Kiedyś była tu droga dla rowerów - teraz, z powodu budowy metra, jest porządny bałagan i nie ma co marzyć o objazdach dla poruszających się na rowerach.

Temu zamieszaniu ze spokojem przygląda się kot, leżący na jednym z balkonów.

Górczewska, szczególnie w okolicach skrzyżowania z Prymasa Tysiąclecia, to królestwo tymczasowości i budowlanej twórczości, a może raczej destrukcji.

Zostawiamy za sobą pomnik, który upamiętnia rzeź jaką Niemcy urządzili podczas pierwszych dni Powstania Warszawskiego, mijamy Moczydło i budowa odrzuca nas od Górczewskiej.

Oglądamy Wolę, która przetrwała wojnę, ale poległa w walce z nowoczesnością. Żal nam tych przedwojennych kamienic, tak już niewiele z nich zostało na Woli. Mieszkamy w bardzo bogatym i rozrzutnym mieście. Takim które stać na brak dbałości o miejsca pokazujące jak tu było przed Drugą Wojną Światową. A przecież tak mało Warszawy ocalało z wojennego szaleństwa.

Górczewską zmierzamy w stronę wylotu z miasta. Na węźle Lazurowa skręcamy w stronę Fortu Blizne gdzie magia Radiowa zderza się z brutalnością estakad. Kocjana i Dobrzańskiego jedziemy w stronę Babic.

Stare Babice leniwe z jednej strony i zarazem zagracone samochodami. Rynek przed kościołem obstawiony blaszanymi potworami; być może to czas mszy. Jednak szkoda takiego miejsca na parking. Są też akcenty rowerowe, ale raczej z kategorii szczucia bajkiem.

Za kościołem znajdujemy aleję murali, taką bardziej konfesyjną.

Przy wyjedzie z miasta mierzymy sobie prędkość.

Jedziemy przez Lipków do Truskawia. Droga typu asfalt w lesie. Czyli gładko i prozdrowotnie. Gdzieś tu jest wypożyczalnia rowerów – faty pewnie nieźle sprawują się na piaszczystych, kampinoskich szlakach.

Trochę architektonicznej zgrozy wychyla się zza płotu. A potem trafiamy na krzyż. Sprawa jest poważna, okupiona śmiercią, jednak nie da się ukryć, że opis i pseudonim powstańczego dowódcy nadają historii akcentów tragikomicznych.

Do tej pory jechaliśmy obrzeżami Puszczy Kampinoskiej, teraz wjeżdżamy do parku narodowego. Poruszamy się Drogą Palmirską, zgodnie z nazwą wiodącą do Palmir. Droga już nie jest tak miła, najpierw dziury w podłożu, a potem kocie łby prowadzą nas w stronę mogił w lesie.

Po minięciu Palmir droga znowu robi się przyjemna, a jednocześnie uroki parku są dostępne bez wbijania się w mokradła kampinoskie.

Po wyjeździe z lasu, w miejscowości Palmiry (nie mylić z cmentarzem), jeszcze przed drogą na Gdańsk, spotyka nas niespodzianka. Jak wiadomo popas na kawę jest ważnym elementem obrzędowości naszych wycieczek, jednak nie liczyliśmy na takie szczęście zaraz po wyjeździe z puszczy. Gościniec na szlaku nie zachęcał Piotrka do wejścia, lekko tylko otwartą brama. Marcin wolał sprawdzić i zajrzał. I warto było. Jak się potem okazało, restauracja wynajęta była na przyjęcie komunijne, ale w ogórku mogliśmy się rozgościć. Obsługa bardzo miła. Jedna z pań pytała nas czy chcemy coś zjeść, choć pora była wczesna, a kuchnia jeszcze nie wydawała obiadów. Rozmawialiśmy z właścicielem i opowiadał nam, że zaczynali od wynajmu rowerów, a karmienie rowerzystów (i innych turystów) to kolejny krok. Miejsce miłe, schludne, zadbane. Kawa dobra, ciacha smaczne, słoneczko świeci, a my nie możemy się ruszyć dalej.

Ruszamy się jednak i jedziemy wzdłuż drogi numer 7. Na wysokości Czosnowa przejeżdżamy na drugą stronę „siódemki” i zbliżamy się do Wisły.

Gdzieś w okolicach Kazunia Nowego powinno być cel naszej wycieczki: mennonicki cmentarz i zbór.

Mennonici, to chrześcijanie zaliczani do protestantyzmu. Wyznanie powstało w Holandii w XVI wieku. Holendrzy albo Olendrzy, jak byli nazywani przybywali na tereny Mazowsza już w siedemnastym wieku. Zapraszani byli, bo znali się na odwadnianiu terenów podmokłych i bagnistych. Były takie tereny pod Płockiem, w okolicach Sochaczewa czy pod Nowym Dworem Mazowieckim. Pewnie gdy mieszkali tu mennonici okolica wyglądała zupełnie inaczej. Teraz cmentarz i zbór wciśnięte są między wały przeciwpowodziowe a ekspresową drogę.

Co do zboru, to mamy spore wątpliwości. W miejscu, które wskazuje mapa jest czyjś dom mieszkalny. Chata wygląda tak, że może kiedyś była zborem, ale nawet nie ma kogo spytać, a my nie chcemy kręcić się po czyjejś zagrodzie. Chyba jednak to jest szukane przez nas miejsce. W opisach znalezionych w sieci, można przeczytać, że to niewielki drewniany budynek z 1892 roku obecnie wykorzystywany jako dom mieszkalny. Czyli wszystko się zgadza.

Domniemany zbór jest po lewej stronie drogi na Nowy Dwór. Cmentarza szukamy po prawej stronie. Jedziemy w stronę Wisły drożyną prostopadłą do drogi na Nowy Dwór. Nic nie wskazuje by w chaszczach były jakieś mogiły.

Komary tną, pokrzywy palą, jednak próbujemy przebić się przez zielsko. Coś znajdujemy. W wysokiej trawie majaczą resztki nagrobków. Z niektórych grobów wyrastają drzewa. Miejsce jest zupełnie opuszczone przez ludzi. Bardzo dawno nikogo tu nie było.

Opuszczamy cmentarz, przejeżdżamy na drugą stronę Wisły i zaczynamy wracać do domu.

Po drodze szpetota nas lekko atakuje. Mijamy Bożą Wolę. A w Skierdach z drogi wojewódzkiej 630 skręcamy w lokalną drogę. Okazuje się, że Skierdy obchodzą 235-cio lecie. I świętują ten jubileusz uroczyście.

Mijamy Rajszew i dojeżdżamy do Jabłonny. I znowu, po raz trzeci w przeciągu kilku tygodni, lądujemy na wale wzdłuż Wisły – nieuchronnie doprowadzi on nas do Tarchomina. Wracamy w porze wczesnopopołudniowej i na wale jest tłum ludzi: pieszych, rowerzystów. Widać potrzeba zaznania wypoczynku na łonie ucywilizowanej przyrody jest w narodzie wielka.

Po minięciu Mostu Grota przechodzimy pod ziemią na wschodnią stronę Jagiellońskiej. Przejście atakuje barwami i swobodną twórczością.

Telepiemy się przez Pelcowiznę i Golędzinów trochę technicznymi drogami, niespodziewanym chodnikiem i osiedlową uliczką. Od Ronda Starzyńskiego wreszcie mamy porządną drogę dla rowerów. Dojeżdżamy do Grochowskiej, robimy krótki spacer po Błoniach Kamionkowskich i do domu.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Na zaporze

Długość trasy: 91 kilometrów.

Zalew Zegrzyński bywa celem naszych wycieczek; nasza pierwsza wyprawa, sześć lat temu, wiodła właśnie ku Jezioru Zegrzyńskiemu. Mamy jednak poczucie, że kierunek północny jest przez nas niedopieszczony. No i mamy małą wodną zaległość: Stopień Wodny Dębe.