Artystyczny Lukullus
Długość trasy: 34 kilometry.
Dzisiaj ruszamy trochę dla zasady. Pogoda parszywa, wilgoć wdziera się pod ubrania. Jednak nie godzi się tak po prostu poddać.
Zbaraską, Stanisława Augusta i Aleją Wedla dojeżdżamy w okolice Zielenieckiej. I dalej trochę nie wiadomo dokąd, to może Jagiellońską do Gdańskiego? I na drugą stronę Wisły? I tak robimy. A dalej, całkiem nową jeszcze drogą dla rowerów, jedziemy do Międzyparkowej, by przeskoczyć w stronę Żoliborza Oficerskiego. Chcemy skorzystać ze skrótu, który wiedze od Międzyparkowej, pod Słomińskiego i wychodzi na ulicę Krajewskiego. Zaraz za torami tramwajowymi na Międzyparkowej przykra niespodzianka – ktoś zlikwidował kołowrotki chroniące przed wtargnięciem na tory; teraz stoją tu prozaiczne płotki. Na pewno łatwiejsze w utrzymaniu, ale pozbawione jakiegokolwiek uroku.

Krajewskiego dojeżdżamy pod Cytadelę. Zastanawiamy się jak to możliwe, że rosyjska twierdza, narzędzie ciemiężenia Polaków, tak nas fascynuje?
Cytadela niszczeje i traci swój urok, ale pozbawiona wojennej grozy ujawnia wręcz romantyczne detale.



Dymińską próbujemy dostać się do wojskowej części Cytadeli, dowództwa czegoś tam, wojsk lądowych chyba? Zachęca nas otwarta brama. Dojeżdżamy do szlabanu. A tam cywilny pan wartownik, na pytanie czy możemy wejść, rezolutnie odpowiada: oczywiście, że nie. Zwracamy uwagę na pistolet maszynowy przewieszony przez jego plecy, a pan nadal uprzejmie i pogodnie oznajmia, że to tylko atrapa. Zero napinki i gburowatości tak charakterystycznej dla ochroniarzy.

Jedziemy wzdłuż Cytadeli, Kaniowską i dalej Mierosławskiego.


Dalej Niegolewskiego wjeżdżamy na plac Henkla. Piękny, kameralny placyk ze zwartą zabudową, w całości obstawiony samochodami. Już któryś raz zastanawiamy się jakby wyglądał, gdyby te samochody zniknęły.
Trentowskiego i Sarbiewskiego jedziemy w kierunku Sadów Żoliborskich. Przy okazji dowiadujemy się, że Trentowski to filozof, a Sarbiewski poeta.


Przeskakujemy przez Sady i Tołwińskiego dojeżdżamy do Włościańskiej.


Chcemy przeskoczyć Trasę AK kładką wzdłuż Żelazowskiej, ale kładka zamknięta w związku z remontem Trasy. Pewnie mieszkańcy muszą kląć, bo zabrano im dogodne dojście do dużego węzła komunikacyjnego ze stacją metra i tramwajami.



My, niezrażeni, staramy się przebić przez budowę i przy okazji odkrywamy kameralny staw schowany poniżej Włościańskiej. Dziwna przyrodnicza enklawa w środku węzła drogowego.

Przebijamy się przez sam środek budowy. Pusto tu, my jedyni się tu zapuszczamy. Drogę urozmaicają rozpadliny wyglądające jak z kadrów filmów katastroficznych.





Staffa ruszamy w stronę Bielan. Gdzieś w okolicach Lisowskiej atakuje nas smakowita smuga zapachowa; wyraźnie pachnie ciastkarnią. Wokół same blokasy, chyba z lat pięćdziesiątych. Nie widać niczego przypominającego ciastkarnię. Kierując się węchem, znajdujemy pawilon z wejściem i napisem nie budzącym wątpliwości. Mimo wszystko z niedowierzaniem wchodzimy do środka. A w środku witrynka gwałtownie uruchamiająca nasze ślinianki.


Wnętrze jest małe, mieści się ledwie jeden stolik. Za ladą miła pani, która kusi nas ciastkami. Obrazowo opowiada o pracowni ciastkarskiej, która mieści się za zaraz za ścianą. Ciastkarnia działa od 1946 roku. Ciastka oparte są wyłącznie na naturalnych składnikach. Wszystko pieczone jest na maśle, wanilia o nazwie Bourbon pochodzi bezpośrednio z Madagaskaru. Wszystkie konfitury robią sami. No i ulegamy. Marcin bierze szarlotkę z antonówek a Piotrek ptysia z pasją. Ale to nie są zwyczajne ciastka.Antonówka duszona jest w maśle, na kruchym spodzie z odrobiną cynamonu i z bezą. Ptyś Piotrka nie jest bułą z kremem. To lekki krem z maślaną kruszonką, musem z marakui i wanilią Bourbon. Rozkosz.

Nie wiemy na ile nazwa cukierni inspirowana była opowiadaniem Tyrmanda „Gorzki smak czekolady Lucullus”, wszak pisał je w latach pięćdziesiątych. W Hong Kongu też istnieje ciastkarnia Lucullsu, ale to chyba zbyt daleka inspiracja.

Z żalem ruszamy z Lucullusa. Marcin przypomniał sobie, że zna tę ciastkarnię z jej produktów sprzedawanych w centrach handlowych, ale tamte ciastka jakoś nie smakują tak wybornie jak te z pracowni na Lisowskiej.
Jeździmy trochę po Bielanach: Aleją Zjednoczenia, Podczaszyńskiego, Maczka i wreszcie Powązkowską.


Na wysokości Duchnickiej zatrzymuje nas osiedle Artystyczny Żoliborz. Z pewną rezerwą przyglądamy się, na czym ów artyzm polega. Okazuje się, że osiedle choć spore, daje poczucie kameralności.



Nie ma ogrodzenia, a wydzielone i ogrodzone są tylko wewnętrzne podwórka. Fragmenty osiedla nazwy swe biorą od Jerzego Kawalerowicza i Jerzego Ficowskiego. Centralny budynek osiedla stoi na placu Czesława Niemena, a wewnętrzne uliczki noszą imiona Stanisława Dygata i Kaliny Jędrusik.



Architekci zadbali o stojaki dla rowerów, które powoli stają się oczywistym widokiem na nowo projektowanych osiedlach.

Powązkowską przecinamy Jan Pawła, potem wjeżdżamy w Stawki, by przez Muranów dojechać do Placu Bankowego. Nowym Przejazdem zjeżdżamy do Mostu Śląsko-Dąbrowskiego i przez Pragę zmierzamy na Grochów. Jeszcze tylko Targowa i Grochowska i jesteśmy w domu.