Młodzież na tandemy

Długość trasy: 16 kilometrów.

Mamy upodobanie w rowerach, nic nowego. I mamy też predylekcję do rowerów mniej oczywistych: lubimy rowery towarowe; ostatnio interesują nas rowery z napędem węglowym. A dzisiaj przyglądamy się tandemowi.

Nowa aplikacja Veturilo pozwala wyszukiwać tandemy na wszystkich stacjach w Warszawie. Blisko nas, na Dwernickiego, stoi jeden – czym prędzej wybieramy się po niego. Na stacji jest sporo rowerów, najwyraźniej mieszkańcy Grochowa mają inny pomysł na spędzenie niedzielnego poranka.

Wsiadamy na rower: Piotrek z przodu, Marcin z tyłu. Ruszamy w stronę Dworca Wschodniego i Marcin zaczyna krzyczeć, śmiać się, nerwowo poruszać się na siodełku. Okazuje się, że to pierwsze doświadczenia Marcina w jeździe na tandemie. Marcin nie czuje się komfortowo, bo Piotrek za bardzo przechyla rower. Piotrek ma przyzwyczajenia z jazdy z ciężką sakwą po lewej stronie i nawet bez sakwy kontruje w prawo. Poza tym Marcinowi przeszkadza brak kontroli nad rowerem. Nie jesteśmy zgrani: ruszamy niezgrabnie, słabo idzie nam synchronizacja w pedałowaniu. Piotrek lepiej to znosi, bo ma już doświadczenia jeździe rowerem podwójnym - tak się składa, że dotyczą one jazdy z niewidomymi znajomymi.

Rowerek jest całkiem zgrabny. Ma siedmiobiegową przekładnię (standardowe Veturilo mają trzy biegi). Całkiem zgrabny bagażnik i uchwyty na kubek z kawą. Jest z nimi jednak lekka wtopa – ten przedni jest zasłonięty zapięciem i przez to jest nie do użycia.

Zamieniamy się miejscami, teraz Marcin dzierży kierownicę. Marcinowi z przodu jedzie się zdecydowanie lepiej. Zaczynamy się zgrywać. Próbujemy ustalić jakieś komendy, by skutecznie ruszyć, przestać pedałować, zsiadać na jedną stronę. Używamy komend podpatrzonych u znajomego tandemowego małżeństwa. Ustalamy też, że ruszanie idzie nam lepiej, gdy najpierw Marcin siada na siodło, a potem Piotrek odpychając się wprawia rower w ruch.

Jedziemy w stronę stacji Olszynka Grochowska, dawno tu nie byliśmy. Jak zwykle tereny kolejowe dają poczucie wskoczenia do innego świata. Takie wrażenie towarzyszyło nam też na Odolanach.

Teren kolejowy na Olszynce jest ogromny. Najlepszym środkiem lokomocji okazuje się być rower. To kolejna przestrzeń gdzie dwa koła sprawdzają się świetnie.

My podążamy tropem hostelu albo hotelu Relax. Ciekawi nas jak wygląda nocleg między szynami. Odnaleziony hotel prezentuje się dość skromnie, na tyle, że minęła nam chęć zobaczenia wyposażenia pokoi.

Między budynkami majaczy nam znajomy widok: to komunalne osiedle na Dudziarskiej. Te nieszczęśliwie położone domy, zgodnie z zapewnieniami władz Warszawy, mają zniknąć – lokatorzy mają otrzymać mieszkania w innej lokalizacji.

Tereny kolejowe z natury swej stwarzają aurę pewnego zwolnienia, cofnięcia się wręcz w czasy minione. My natykamy się na jakiś przedwojenny pchacz ustawiony w alejce z latarniami gazowymi. Z hangaru wystaje lekko tylko zliftingowany wagonik kolejki elektrycznej. A obok, niezbyt wiadomo skąd tutaj, wiedzie wiejska drożyna.

Przed nami wyraźnie lepiej zadbany kawałek terenu. To centrum serwisowe dumy PKP – Pendolino. Okolica jest wysprzątana, wyznaczone są strefy ruchu pieszego, wartownia z załogą strzeże majątku kolejowego.

Poruszamy się ulicą Kozia Górka. Robi się coraz węziej, znika droga, potem nie ma już nawet ścieżki. Wciskamy się między nasypy i tory, aż stopuje nas wiadukt. Zastanawiamy się czy wracać, czy pchać się z tandemem dalej. Z każdej strony nadjeżdżają pociągi, jak w grze komputerowej. Wrażenie odrealnienia jest duże, ale przecież rzut beretem jest Grochów i ulica Wiatraczna.

Pojawia się przedept, a właściwie chałupniczy chodnik. Widać ludzie tu chodzą i to nawet regularnie. W oddali majaczy bazylika na Kawęczyńskiej, a my trawersujemy wąskim chodniczkiem.

Na wiadukcie bardzo ładnie odbiła się faktura drewnianego szalunku – niespodziewana odrobina sztuki daleko kojarząca się z Le Corbusier’em.

Pojawia się też zadbany budyneczek Warszawa Podskarbińska.

Znowu zaczynamy jechać i docieramy do Chodakowskiej, której końcowy odcinek jest oddzielony torami i na stałe zamkniętym szlabanem.

Wjeżdżamy w Stanisławowską i za chwilę znowu jesteśmy na Dwernickiego, na stacji Veturilo. Patrząc na licznik dziwimy się, jak krótka była to wycieczka. A jeszcze przed chwilą byliśmy zanurzeni w industrialno-wiejskim świecie, na antypodach naszej codzienności. Tandem Veturilo dał radę, może następnym razem udamy się w jakąś ekstremalną ekskursję.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.