Na zaporze

Długość trasy: 91 kilometrów.

Zalew Zegrzyński bywa celem naszych wycieczek; nasza pierwsza wyprawa, sześć lat temu, wiodła właśnie ku Jezioru Zegrzyńskiemu. Mamy jednak poczucie, że kierunek północny jest przez nas niedopieszczony. No i mamy małą wodną zaległość: Stopień Wodny Dębe.

Jest niedzielny, spokojny poranek i w tej atmosferze chcielibyśmy pozostać jak najdłużej. Wybieramy drogę biegnącą nad Wisłą, nad samą wodą. Przy Poniatowszczaku sterta porzuconych Veturilo. Wygląda na to, że tłum spragniony zabawy nad Wisłą dotarł tu na rowerach, ale wracał już inaczej. Wokół uwijają się ekipy sprzątające, zacierając ślady nocnych uciech.

Suniemy sobie raźno acz nienerwowo. Upału nie ma, jest pewnie około 17°C. Niebo zaciągnięte chmurami. Mijamy Most Grota, przemykamy Kładką Żerańską, mijamy Tarchomin. Gdzieś tu niedaleko, przy ul. Kępy Tarchomińskiej stoi chata pamiętająca olenderskich osadników na Mazowszu. Mijamy Nowodwory i Ławice Kiełpińskie.

Zagadaliśmy się, a tu trzeba skręcić w stronę Jabłonny. Jakiś pan wędkarz wynurza się z krzaków i wskazuje drogę w stronę pałacu w Jabłonnie. Ścieżka jest niewyraźna, ale mówi, że da się przejechać. Na początku da się, a potem robi się ciaśniej i coraz przytulniej. By na koniec spotkać cywilizację w pełnej krasie.

Lądujemy w okolicach Instytuckiej w Jabłonnie. Krajobraz lekko postpegierowski, uzasadniony obecnością Instytutu Fizjologii i Żywienia Zwierząt.

Przecinamy Modlińską, a Królewską wjeżdżamy do Legionowa. Mijamy po drodze zestaw obowiązkowy, czyli park im. Jana Pawła Drugiego i ulicę Józefa Piłsudskiego. To bardzo częsty komplet na Mazowszu. Miłe, że tym razem podobizny obu panów są całkiem udane.

Myślimy, że pora na kawowy postój, bo na liczniku już 40 kilometrów. Nie liczymy na zbyt wiele, bo rano, Legionowo i tak dalej. Wiemy, że jest tu w pobliżu żółte M, ale nie chcemy tam wchodzić. Może raczej jakaś stacja paliw. I nagle, na Piłsudskiego, naszym oczom ukazuje się widok zaiste warszawski: Green Caffe Nero. Nowiutki lokal, otwarty trzy dni wcześniej. Lokal jest tak nowy, że nie ma go na oficjalnej stronie www kawiarni. Czynne od siódmej rano, także w niedzielę. No to czego chcieć więcej? Miła obsługa, dobra kawa, smaczne ciacha. Chwilę nam zajęło zanim znowu ruszyliśmy.

Piłsudskiego dojeżdżamy do dworca w Legionowie. Okazały, wypasiony budynek postawiony przy udziale szwajcarskich pieniędzy. Na piętrze jest biblioteka publiczna o wdzięcznej nazwie Poczytalnia; to coraz popularniejszy pomysł, by budynek dworcowy łączyć z wypożyczaniem książek i innymi okołoksiążkowymi funkcjami. Tyle tylko, że na budynku próżno szukać tabliczki biblioteki. Piotrek był na otwarciu, więc wie o bibliotece - przypadkowy przejezdny raczej się sam nie domyśli.

Naprzeciw biblioteki odkrywamy punkt naprawy i sprzedaży rowerów; zamknięty. Szkoda, bo sądząc po szyldzie, firma ma bardzo długą tradycję. Przed sklepem umieszczony jest fikuśny stojak na rowery, z innowacyjnym wykorzystaniem dętek rowerowych.

Jeszcze raz przecinamy tory na wysokości stacji Legionowo Piaski. Potem chwilę jedziemy ulicą Kościelną w stronę Wieliszewa, słabo pomyślaną drogą dla rowerów.

Sporo lokalesów przemieszcza się na rowerach. Spotkana przez nas pani, sądząc po stroju, wybiera chyba się na jakąś uroczystość.

Za Łajskiem skręcamy w stronę Komornicy. Poruszamy się jakąś techniczną drogą, którą mimo zakazu, porusza się też sporo samochodów. Droga wiedzie wzdłuż Kanału Komornickiego. I za moment już widać Elektrownię Dębe.

Stopień wodny wybudowano na przełomie lat 50-tych i 60-tych dwudziestego wieku. To całkiem skomplikowana budowla. Jest tu zapora ziemna długości 230 metrów, jaz piętrzący wodę, przepławka dla ryb i czteroturbinowa elektrownia wodna.

Jest coś monumentalnego w tej budowli. A znajdujemy też akcenty rowerowe. Nie tylko tłumnie przejeżdżających kolarzy, ale też łańcuchy pasujące do trochę większych rowerów (tak po prawdzie, to otwierające jaz).

Przecinamy Narew i skręcamy w stronę Izbicy. Jedziemy teraz wzdłuż rzeki, po drugim jej brzegu.

Na chwilę zatrzymujemy się w Jachrance, gdzie w ośrodku Warszawianka jest elegancka restauracja Yacht Club. Jej elegancja polega na tym, że nie wolno wchodzić w kostiumie kąpielowym i z psem. Ciekawe czy dotyczy to kompletu, czy tylko jednej z tych sytuacji na raz? Przyznać jednak trzeba, że widoki z tarasu restauracji są bardzo piękne. W tych okolicznościach picie kawy lub wina może być bardzo przyjemne.

Zostawiamy Jachrankę za plecami i ruszamy w stronę Zegrza. Niemal mijamy oznakowania szlaku rowerowego, który jest skrótem prowadzącym w stronę Zegrza Południowego. Dojeżdżamy do miejsca gdzie Narew rozlewa się w Zalew Zegrzyński. Jest trochę z górki i trochę pod. Droga dla rowerów wiedzie wzdłuż kilkupasmowej, ruchliwej jezdni.

Ale to w zasadzie jest mały ruch. Dramat zaczyna się gdy skręcamy w stronę Nieporętu. Gnają tu swoimi bolidami wielbiciele odpoczynku na świeżym powietrzu. Gastronomiczna i noclegowa zabudowa nad Zalewem jest tak brzydka, że nie chce się jej nam fotografować.

Jeszcze gorzej jest w Nieporęcie. Tu ruch jest jeszcze większy. Na jednopasmowej drodze samochody wyprzedzają nas „na gazetę”. Pan z przyczepą próbuje nawet potrącić Piotrka, ale mu się nie udaje. Pędzimy w tym samochodowym ścieku i po paru kilometrach mamy dość. Na wysokości Kobiałki skręcamy nad Kanał Żerański. Tu nawierzchnia jest gorsza, ale za to samochodów nie ma.

Przez Białołękę jedziemy Białołęcką, potem chwilę wzdłuż Trasy Toruńskiej i następnie Wysockiego. Potem skok przez Pragę i wracamy na Grochów.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.