Nad pięknym modrym Dunajem
Długość trasy: 435 kilometrów.
Godziny siedzenia w internecie, wyszukiwanie najlepszej trasy, próby kupienia biletów za pomocą internetowych stron kolejowych przewoźników - czeskich, słowackich i węgierskich, i klops: musimy ruszyć... na Dworzec Centralny w Warszawie, po bilety.
Preludium
Dwadzieścia numerków przed nami jest okienko, gdzie jest dla nas nadzieja, że uda się kupić bilet na podróż do Wiednia i powrót z Budapesztu. Na razie przegrywamy z systemem: podróż pociągami po Europie, gdy ma się rower jest trudna. Może dla nas nawet niewykonalna. Po godzinie pobytu na Centralnym miła pani znajduje połączenie do Wiednia. By sprawdzić, czy w pociągu są miejsca do przewozu rowerów, musi wydrukować bilet próbny - inaczej się nie da. Gdy to się udaje, kasjerka drukuje bilet właściwy, a potem ręcznie wpisuje numer biletu rowerowego do komputera, by połączyć go z biletem na przejazd. A na koniec drukuje pojedyncze bilety na każdy rower oddzielnie.


OK, do Wiednia dotrzemy, ale jak wrócić z Budapesztu, gdzie planujemy zakończyć wyprawę? Miła Pani znajduje nam połączenie... z Pragi do Warszawy, i to w dodatku nocnym pociągiem. A kiedyś pan z PKP tłumaczył nam, że pociągi nocne w relacjach międzynarodowych nie prowadzą wagonów do przewozu bicykli. Stał się cud i jednak można. Tylko jak przejechać z Budapesztu do Pragi? Przez internet nie daliśmy rady kupić biletów, szukamy kogoś, kto kupi nam bilety na Węgrzech. Pomaga Kowlak. Kolega Kowlaka, Laszlo, jest Węgrem, mieszka w Budapeszcie, mówi po polsku i w dodatku ma ochotę pofatygować się po bilety. Dzięki Laszlo mamy jak dojechać do Pragi. Jeszcze tylko rezerwacja noclegów przez booking.com i walczyka czas zacząć.
Pół obrotu, 24 czerwca 2018
Wymyśliliśmy sobie, że pojedziemy na wieczór do Wiednia, zanocujemy, a rano będzie chwila na zwiedzanie miasta. Jedziemy we trójkę: Marcin, Marta, Piotrek. Po rytualnej kawce pakujemy się do pociągu na Wschodniej. Całkiem fajny bezprzedziałowy wagon.




Co prawda wyposażony w wieszaki na rowery, jednak jest na tyle dużo miejsca, że stawiamy maszyny.

Jest zimno, aż po Śląsk cały czas pada. Podróż, choć trochę nudna, przebiega bezproblemowo. W Petrowicach, już po czeskiej stronie, mała odmiana - chwila przerwy i zmiana napędu oraz załogi pociągu.




Do Wiednia docieramy około godziny 22. Wyładowujemy maszyny i ruszamy w kierunku wynajętego lokum. Jazda w nocnym Wiedniu nie sprawia żadnego kłopotu. Poruszanie się drogami dla rowerów jest intuicyjne, bez trudu dojeżdżamy na miejsce. Jedyna napotkana przeszkoda, to nasi rodacy wbiegający na środek drogi i głośno klnący.



Do wynajętego apartamentu dostajemy się za pomocą kluczyka bezpiecznie wiszącego w ściennym mini sejfie. A sam lokal cudo. Czyściutki i funkcjonalnie urządzony. Dwa całkiem duże łóżka, ukryty w ścianie w pełni wyposażony aneks kuchenny, spora łazienka. Aż szkoda, że nie pomieszkamy tu dłużej.




Wiedeń – Bratysława, 25 czerwca, długość trasy: 98 kilometrów
Rano budzi nas coś jakby kląskanie. Okazuje się, że mieszkamy obok toru do wyścigów kłusaków. I to one rano wybiegły na trening. Tor położony jest dosłownie między blokami. To dość nowa część Wiednia położona blisko Prateru, dzielnicy znanej z wesołego miasteczka. Niemniej widać wokół toru stare zabudowania, pamiętające okres przedwojenny.




Ludzie rano idą do pracy, a my zbieramy się by ruszyć w miasto, a potem w stronę Bratysławy. Jest zimno, deszcz popaduje, jednak musimy już opuścić gościnne lokum.



Wszędzie widać rowery – i na drogach i na parkingach. Już wczoraj doświadczyliśmy łatwości jazdy rowerem po Wiedniu. Za dnia to wrażenie tylko się pogłębia.


Jedziemy w stronę wesołego miasteczka, które oglądaliśmy z wysokości naszego apartamentu. Kierujemy się oczywiście na koło diabelskiego młyna – to bardzo charakterystyczny punkt orientacyjny.


Opuszczamy wesołe miasteczko i jedziemy zwiedzać. Jeśli chodzi o oznakowanie, to jest tu wszystko podobnie proste i oczywiste jak w Niemczech. Jak to możliwe, że w tych obu krajach rowerkowcy mają tak łatwo? Wiedeń ma dużo dróg dla rowerów, albo wydzielonych w pasie drogi, albo obok. Uzupełniają sieć ciągi pieszo-rowerowe i drogi z uspokojonym ruchem, na przykład strefy z ograniczeniem prędkości do 30 km/h. Jeździ się bezpiecznie i intuicyjnie. Kierowcy są uważni i nienerwowi. Normalnie raj jakiś.






Oczywiście jest tu system roweru publicznego, ale są też mniej oczywiste rzeczy, takie jak czyszczenie dróg dla rowerów. U nas nawet zimą rzadko się to zdarza, a w Wiedniu również latem drogi czyści się z kurzu i zanieczyszczeń.



Trafiamy też, rzecz jasna, na sklep rowerowy, który reklamuje się jako najlepszy warsztat w mieście. Na szczęście wszystkie nasze rowery są sprawne. Kawa z roweru też się trafi, my jednak jedziemy zjeść bardziej stacjonarnie.


Wchodzimy do małej piekarenki, wyraźnie lokalnej. Przed nami para starszych osób, na które czeka przygotowany zestaw w postaci dwóch ciach. Pani w piekarni wita ich wylewnie i widać, że państwo są tu u siebie i często. Na zewnątrz ustawionych jest kilka stolików; jakie to jest proste, ustawić miejsca do siedzenia i serwować śniadania – bez żadnego zadęcia i specjalnych ogródków. Siadamy sobie i jemy wiedeńskie śniadanie.



Okolica do bólu jest zwyczajna. Jednak zdarzają się piękne ludzkie egzemplarze oraz wystrojone rowery zaparkowane na wyraźnie oznakowanych rowerowych parkingach.



Rowerów tu mnogość, także w graficznych przedstawieniach. Nawet wystawa o żydowskim dziedzictwie Wiednia reklamowana jest plakatem z rowerem.


Wiedeń jest pięknym miastem i na miarę ludzką zbudowanym.





Nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, jednak nie odmawiamy sobie rundki po turystycznym centrum. Zachwycamy się i żałujemy, że nie możemy tu zostać.





Ruszamy w stronę Dunaju i mostu Reichsbrücke, bo pora jednak zmierzać do Bratysławy. Przejeżdżamy przez Dunaj, który ma na środku swojego nurtu gigant wyspę. Pośrodku mostu jest stacja metra, trzeba przyznać pięknie położona. Ta wyspa ma ponad 21 kilometrów długości i jest efektem wodnych prac regulacyjnych. A Dunaj tutaj ma też drugie koryto o nazwie Nowy Dunaj.





Zjeżdżamy z mostu i kierujemy się na południowy wschód drogą Euro Velo 6. W zasadzie kierunki świata są trochę obojętne, bo jedziemy po prostu wzdłuż Dunaju.

Nad Dunajem prowadzi nas oczywiście droga dla rowerów. Dodatkowo infrastruktura wyposażona jest w elementy zabawowe oraz informacyjne. Są też elementy infrastruktury gastronomicznej. Nad wodą jest sporo młodzieży – wszak wakacje.



Gdzieś w okolicach Lobau droga odsuwa się od Dunaju. Napotykamy po drodze pomnik poświęcony ofiarom nacjonalistycznego terroru czasów II wojny Światowej. Obok jest bocznica i to w zestawieniu z pomnikiem przywołuje nasze najgorsze skojarzenia.



Potem wjeżdżamy niemal na teren jakichś zakładów chemicznych. Droga z porządnego asfaltu staje się ścieżyną szutrową. Z drugiej strony po drodze dla samochodów popylają ciężarówki, więc może nie ma co narzekać. Myśleliśmy, że Euro Velo stale będzie szerokim szlakiem z asfaltową nawierzchnią.



Znowu przybliżamy się do Dunaju i jedziemy drogą poniżej wału przeciwpowodziowego. Spotykamy miłą parę, która wraca do Wiednia z Bratysławy. Nie jesteśmy w stanie zbytnio się porozumieć. Oni słabo mówią po polsku, my słabo po niemiecku – mimo tego spotkanie jest bardzo przyjazne. Rozumiemy, że coś będzie działo się z drogą, jakieś trudności, szczegóły jednak umykają. Szkoda tylko, że na międzynarodowej trasie napisy na tablicach są tylko po niemiecku. Omija nas jakaś wiedza o parku narodowym.



Droga znowu szeroka i twarda, okolica urokliwa, znaki wyraźne, dość ciepło choć nie gorąco, kręci nam się dobrze.






Drogę blokuje nam zakaz ruchu i płot. To pewnie te utrudnienia, o których opowiadali nam napotkani rowerkowcy. Objazd, intuicyjny, kieruje nas na lokalną drogę prowadzącą w stronę Mannsdorf an der Donau, czyli miejscowości nad Dunajem położonej, choć my od rzeki wyraźnie się oddalamy. Okazuje się, że to gmina licząca niecałe 400 mieszkańców. Sądząc po kolorze zbóż, zaraz będą tu żniwa; chyba, że to efekt długotrwałej suszy.



Mijamy schludną gminę i dajemy się prowadzić objazdom. Rozczulająca jest ta troska o rowerkowców. I znowu przypominają się nam oznakowania jakie widzieliśmy na trasie Görlitz – Szczecin, równie jasne, intuicyjne i z dbałością o użytkownika. I tak oto dojeżdżamy do Orth an der Donau. Naprzeciw wychodzi nam restauracja Treno, a my, po krótkim rekonesansie w menu i wewnątrz knajpki, decydujemy się na obiad. Szczególnie przekonuje nas właściciel, który mówi, że rowerów można nie przypinać, bo tu jest Austria, tu jest bezpiecznie.


Jak oni to robią, że w gminie, w której mieszka niewiele ponad dwa tysiące osób mają restaurację z przepysznym jedzeniem w dużym wyborze? Nasyceni ruszamy rzucić okiem na okolicę.



Zostawiamy za sobą kolejną miejscowość z dobrą rowerową infrastrukturą. I znowu wskakujemy na szuterek prowadzący miedzy polami. Wysoce relaksacyjna jest ta jazda, choć nieco leniwa po posiłku. Wychodzą ku nam aleje drzew, których tu nikt nie wycina – widać nie zagrażają kierowcom. A kolejna aleja prowadzi do Pałacu Eckartsau, w miejscowości o tej samej nazwie. Uprzejmy projektodawca szlaku rowerowego tak zaplanował drogę, byśmy mogli oczy nacieszyć harmonijną architekturą. I nawet pisze do nas per: Drodzy Rowerzyści.




Oczy nacieszone, Jan Nepomucen odwiedzony (to już kolejny Nepomuk spotkany po drodze, lubią go tu, Habsburgowie uczynili go jednym z patronów imperium austriackiego), droga wyprowadza nas poza pałac, a na horyzoncie widać góry.




Przed nami most jakowyś i bardzo już nieodległa Bratysława. Przez chwilę nawet wydaje się nam, że ją widzimy, ale to Hainburg an der Donau, miasto znane już w czasach rzymskich.




Pokonujemy Dunaj mostem, na którym oczywiście pamiętają o rowerzystach. Z mostu widzimy kościół na skarpie – tak nas zauroczył, że postanawiamy obejrzeć go z bliska.


Aby dojechać do kościoła musimy wspiąć się na Górę, nomen omen, Kościelną. Z bliska świątynia robi jeszcze większe wrażenie. Gotycko-romańska bazylika, a obok romański karner – kaplica grzebalna. Jak jest dom grzebalny, to jest też cmentarz. Kościół położony jest w pobliżu Bad Deustch-Altenburg.





Kościół ma ponad tysiąc lat. Rzadko zachwycają nas świątynie, ta jednak jest wyjątkowa.



Na cmentarzu z karnerem są całkiem nowe nagrobki, zważywszy wiek kościoła. Ciekawie wyglądają wiszące konewki, które najwyraźniej są do użytku wspólnego. Interesująco rozwiązano też kwestię lampek nagrobnych, przytwierdzając je do pomników.




Otoczenie kościoła też jest zajmujące i to na wiele sposobów.
W części parkowej, za murami świątyni, ustawiono pomnik węgierskiego króla Świętego Stefana, który był fundatorem kościoła.

Obok jest cmentarz poświęcony żołnierzom poległym w czasie I Wojny Światowej.


A w głębi parku coś zupełnie odlotowego i niespodziewanego tak blisko miejsca kultu. Strefa doświadczania. Ścieżki o różnej fakturze: od kory po kamulce – chodzi się po tym na bosaka i doznaje wrażeń różnych, a na koniec stopy można schłodzić w baseniku.



Nie mamy czasu łazić na bosaka, Bratysława czeka. Ruszamy w stronę Hainburga, który porzuciliśmy na rzecz obcowania ze średniowieczną architekturą sakralną. To kolejne porządnie utrzymane stare miasteczko. Zakładali je podobno Celtowie. Na wzgórzu nad miastem wybudowano zamek, który otoczony był dwu i pół kilometrowymi murami obronnymi, miał trzy bramy oraz piętnaście wież. Budowę zamku rozpoczął Henryk III Salicki, który w swoim życiu zdążył być Cesarzem Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego i reformatorem kościoła, ale też zbrojnie wsparł Kazimierza Odnowiciela w powrocie do Polski. Bliżej naszych czasów, w Hainburgu Józef Haydn pobierał pierwsze lekcje muzyki. Jak wicher mijamy szacowne miasto i pędzimy do Bratysławy.



Jak okiem sięgnąć roztaczają się pola słoneczników, przekrzywiające swoje główki w stronę powoli zachodzącego słońca. I widać już całkiem blisko stolicę Słowacji.



Mija nas po drodze pociąg; może z Wiednia – z rozkładu wynika, że do Bratysławy pociągi są co pół godziny. Nadal jedziemy jak po sznurku – oznakowanie jest jasne i czytelne, może raz mieliśmy zawahanie którędy jechać, a i trasa nie traci nic z malowniczości.






Mijamy Wolfsthal, przekraczamy granicę i praktycznie jesteśmy w Bratysławie. To jedyna stolica na świecie, która graniczy z dwoma państwami. Jak tu się mieszkało w czasach socjalizmu? Austria musiała kusić, a na Węgry też pewnie warto było wyskoczyć. Obraz tego jak wyglądała granica w czasach mniej otwartych, daje mini skansen z bunkrem w roli głównej. My granicy byśmy nie zauważyli, gdyby nie znaki. A na słupie jednego z nich widzimy naklejkę z naszym logo. (Wiemy, wiemy, to żart, sami nakleiliśmy).




Znaki informują o właściwym kierunku, nie zboczyliśmy z drogi i nadal jesteśmy na naddunajskiej trasie. Jedziemy wybetonowanym wałem nad Dunajem. Trasa zaczyna biec w pasie drogi i widzimy rozwiązanie dotąd nam nieznane: dwukierunkowa droga dla rowerów w pasie drogi. Komfortowe to nie jest. Widać kolejny zamek, jednak zwiedzanie go zostawiamy sobie na jutro, teraz trzeba szukać miejsca noclegu.




Przejeżdżamy na drugą stronę Dunaju Mostem Słowackiego Narodowego Powstania. To podobno najdłuższy na świecie most z jednym pylonem i jedną płaszczyzną zawieszoną na kablu. Nazywany jest też mostem UFO; talerz, który widzieliśmy z daleka, wieńczy pylon mostu. Górą odbywa się ruch samochodowy, niżej rowerowy. Zupełnie jak na Łazienkowskim w Warszawie. Tyle, że Słowacy zbudowali most na przełomie lat 60-tych i 70-tych. A może drogę dla rowerów zbudowali później?



Drogi dla rowerów są nawet nieźle oznakowane. Dziwi nas tylko rozwiązanie rodem z Polski (o ile nie gorsze), czyli przycisk do wywołania zmiany świateł umieszczony na pasie rowerowym... przed przejściem dla pieszych.


Hotel znajdujemy bez trudu. To raczej hotel robotniczy, spotykamy nawet mieszkańców w budowalnych, roboczych strojach. Pokój jest w segmencie i ma wspólną łazienkę i toaletę z dwoma innymi pokojami. Ma też wspólny aneks kuchenny wyposażony w lodówkę i czajnik. Jest dość czysto. Piotrek i Marta padają zmęczeni po całym dniu kręcenia. Ich drzemki nie zakłóca nawet Freddy Krueger.


Bratysława – Veľký Meder, 26 czerwca, długość trasy: 115 kilometrów
Vis-à-vis hotelu jest sklep spożywczy, czynny do 22, kupiliśmy tam jedzenie na kolację. A dzisiaj idziemy na śniadanie do baru, też naprzeciw hotelu. Śniadanko godne: jajecznica z sałatką; smaczne. Tylko ceny bardziej polskie. Wydawało się nam, że na Słowacji będzie tanio, a tu ceny w euro, po przeliczeniu podobne do naszych.

No to pora na mały rekonesans po stolicy Słowacji. W centrum miasta infrastruktura rowerowa gwałtownie karleje. Znikają wydzielone drogi, mniej jest oznakowań, najbardziej powszechne jest malowanie „sierżantów”. Kierowcy nie są przesadnie uważający i nie czujemy się zbyt bezpiecznie na jezdni. W zasadzie nic nowego, jest tak jak w Polsce.




Jedziemy popatrzeć na Vnútorné mesto, część miasta w obrębie dawnych murów miejskich, czyli pierwotnego miasta Bratysławy. Nazwa „miasto wewnętrzne” była używana jako oficjalna nazwa administracyjna. Ta część miasta, w przeciwieństwie do widzianych wczoraj blokowisk, jest urokliwa. Dużo jest XIX-to wiecznej architektury. Trafiamy na Instytut Polski i dumę naszą narodową (nic jeszcze wtedy nie zwiastowało tragedii na Mundialu).



Są ciekawe elementy infrastruktury rowerowej: od stojaków po zraszacze w kształcie bramy. Nie wiemy czy tak było w zamyśle, jednak świetnie przejeżdża się pod strumieniem wody; a upał dzisiaj spory. Jest też widoczna kultura cargo, nawet do wypożyczenia. Wypożyczalnia up! city to unikalny pomysł na zwiedzanie miasta: połączenie elektrycznych samochodów, rowerów – w tym cargo – i nawigacji do zwiedzania miasta, udostępnianej na tablecie. Wszystko razem dość innowacyjne.





Są perełki w postaci ładnie zdobionych dachów, neoklasycystycznych attyk, swobodnych kolorów.



Na głównym placu Bratysławy, Hlavné námestie, jest oczywiście sporo turystów. Jest tu ratusz, fontanna i pan w kapeluszu.




Kręcimy się trochę wokół rynku. Jest wakacyjnie i po prostu ładnie.


W oczywisty sposób trafiamy na Hviezdoslavovo námestie – plac Gwiazdosława, główny deptak Bratysławy. Tam po prostu trafiają wszyscy turyści. Wokół dużo restauracji, kawiarń, kameralnej przestrzeni. Plac przyciąga – pewnie inni, tak jak my, też trafiają tam w sposób niezamierzony. Pavol Országh, pseudonim Gwiazdosław, uważany jest za najważniejszego słowackiego poetę. Jego pierwszym językiem był węgierski, potem jednak zaczął pisać po słowacku. Przetłumaczył na słowacki utwory Szekspira, Puszkina, Goethego, a także Mickiewicza i Słowackiego.



Rzecz jasna ma na swoim placu pomnik. Niedaleko od Gwiazdosława stoi Andersen, dzieciaki przychodzą przybić z nim piątkę. W pobliżu jest też pomnik dziewczyny z jelonkiem, ale nie wiemy czy kolegowała się z Christianem, chyba raczej z braćmi Grimm.



Obiecaliśmy sobie wczoraj obejrzeć z bliska Bratysławski Zamek. Wspinamy się powoli, choć nie jest to jakiś wielki wyczyn. Zabudowa na wzgórzu przypomina trochę bałkańską czy arabską. Oczywiście to jest inna architektura, niemniej uliczki są wąskie, kręte, z domami zamykającymi dostęp do nieba.




Dojazd na zamek jest wygodny, choć i tutaj tylko „sierżanty” przypominają o rowerkowcach. A na wzgórzu, jak należy, usadowiła się władza: Krajowa Rada Republiki Słowackiej. Na zamek nie wchodzimy, bo trzeba zostawić rowery, co oznacza chodzenie z sakwami w rękach. Nie my jedni tu sakwiarze, dwóch panów ze Skandynawii podróżuje podobnie jak my.




Widok ze wzgórza zamkowego jest wspaniały. Widać w całości pylon mostu, którym wczoraj jechaliśmy. Dzielnicę Ružinov – siedzibę wielu zakładów przemysłowych, w tym największej w Słowacji rafinerii. Powalają wielkością instalacje farmy wiatrowej. A z drugiej strony są wzgórza, obok których wczoraj jechaliśmy.




Dość zachwytów, pora ruszać – Veľký Meder czeka. Nie jest oczywiste, jak pojechać dalej, bo Euro Velo 6 zaniknęło. Są oznakowania lokalne, jednak dla nas niezbyt czytelne. My szukamy drogi wzdłuż rzeki i wiadomo, że mamy jechać w przeciwnym kierunku do tego, z którego tu dotarliśmy. Niby proste, ale nie do końca. Zatem przejeżdżamy przez Dunaj tym samym mostem, co wczoraj i jedziemy znowu tą samą dziwną, dwupasmową drogą. Znowu wjeżdżamy na wał przeciwpowodziowy. A tam zakaz ruchu samochodów i chyba motorowerów, bo symbol nie wygląda na motocykl.




Wjeżdżamy na wał wzdłuż Dunaju. Takich chętnych jak my jest więcej, rowerowy ruch jest tu spory. Mijamy „kopalnię” żwiru. Trafiamy też na ciekawe polecenie uzbrojone w powagę znaku drogowego, a wszystko to dla dobra rowerkowców.




Na rowerach jeżdżą tu też dzieci i to w sposób zorganizowany. Trafiamy na zaciszną zatoczkę domków na wodzie. Jednak za chwilę będzie tu chyba most i enklawa spokoju odejdzie w niepamięć.



Na razie jest jednak pięknie i spokojnie.


Mamy pewien kłopot ze znakami. Droga na wale czasem jedzie jego szczytem, czasem u podnóża. My karnie stosujemy się do oznakowań, lokalsi nic sobie z tego nie robią i jadą jak im wygodnie. W efekcie mijamy Čunovo i zjeżdżamy z wału bardzo wyraźnie ponagleni zakazem ruchu na wale i znakami Euro Velo. I tak oto lądujemy na asfaltówce i niespodziewanie przekraczamy granicę węgierską. Mijamy swojsko wyglądające gniazda poczytując to za dobrą wróżbę.



Mijamy Rajka i wjeżdżamy do Dunakiliti. To wioska, choć z wyglądu miasteczko. Podobne wrażenia mieliśmy też w Austrii. Pora jest obiadowa, więc szukamy jakiejś restauracji. Nawet jest, jednak menu jest tylko po węgiersku i barmanka też mówi tylko po węgiersku. Pozostaje sklep spożywczy. Tu ekspedientki też mówią tylko po węgiersku, jednak nasz polski wystarcza, by kupić buły, kiełbasę suchą, kabanosy, kefir i co tam jeszcze trzeba na obiad. Płaci się tu w forintach, które w dodatku liczone są w dużych tysiącach – zupełnie nie potrafimy ocenić, ile zapłaciliśmy – dopiero na wyciągu z rachunku bankowego okaże się, ile kosztują lokalne smakołyki.



Posileni i odpoczęci ruszamy dalej. Dunaj w tej okolicy rozdziela się na mnóstwo odnóg, kanalików, rzeczułek. Droga i nawigacja w tym terenie nie jest dla nas prosta. Przejeżdżamy przez Dunasziget i Lipót . W planach mieliśmy przekroczyć Dunaj na wysokości miejscowości Gabčikovo, gdzie jest duża zapora. I właśnie się orientujemy, że nie jesteśmy w stanie do niej dotrzeć. Podmokły teren i mnogość odgałęzień rzeki zupełnie nam to uniemożliwia. Zdaje się, że straciliśmy możliwość obejrzenia zapory, gdy zjechaliśmy z wału 35 kilometrów wcześniej. Zawiedliśmy się też całkowicie na oznakowaniach tras rowerowych. W Austrii było świetnie, w Słowacji tak sobie, po węgierskiej stronie jest całkiem źle. Znaki pojawiają się rzadko, są nieintuicyjne i niepełne, nie pomagają w trudnym terenie. Zaufanie do oznakowania Euro Velo 6 minęło bezpowrotnie.
Pozostaje jechać nam w stronę Győr, bo na jego wysokości jest najbliższy most. Mijamy Győrzámoly i nie dojeżdżając do Győr, skręcamy w drogę krajową numer 14. Jazda drogą jest makabryczna. Jest wąsko, nie ma pobocza i prują TIRy. Zdaje się, że nie tylko dla nas to jest najbliższy most. Decydujemy się na poszukanie objazdu, a potem zaczynamy rowery prowadzić i stajemy się pieszymi. Choć pieszy też nie ma tu łatwo, droga wyraźnie jest tylko dla samochodów.



Przed samym Dunajem mijamy opuszczony budynek, być może to pozostałość dawnego przejścia granicznego. Między Węgrami a Słowacją granica na ogół nie jest pośrodku nurtu rzeki, tylko przesunięta na węgierską stronę Dunaju. Tu chyba jest inaczej. Trafiamy na tablicę graniczną, tym razem bardziej po słowackiej stronie. A rzeka w dole jest piękna i tajemnicza w zapadającym zmroku.




Po pokonaniu mostu, przez Medved’ov i Kľúčovec dojeżdżamy do Veľký Meder, tutaj mamy wynajęty nocleg.
Veľký Meder – Štúrovo, 26 czerwca, długość trasy: 114 kilometrów
Wczoraj przywitał nas kotek. Dzisiaj witają nas trzy podobne maluchy.





Spaliśmy dobrze w całkiem przyjemnym mieszkanku. To w zasadzie kawałek drewnianego domku. Właściciele mają tu kilka takich miejscówek. Trzyosobowy pokój, aneks kuchenny i łazienka. Niezbyt szczęśliwym pomysłem jest umieszczenie łazienki zaraz za kuchnią. No i czajnik padł nam wieczorem przy pierwszym użyciu, a ręczników nie dowieźli, ale nie ma co narzekać. Miejsce jest OK, czyste. Przed domem jest taras, gdzie można się posilać.




Veľký Meder słynie z basenów termalnych i jest całkiem sporym ośrodkiem turystycznym. Nie jest nam dane posmakować dobrodziejstw ciepłych kąpieli. To dziewięciotysięczne miasteczko, gdzie większość stanowią Węgrzy, jest znane już od XIII wieku. My wpadamy tylko do spożywczaka. Oni tu mają Billę, u nas chyba już całkiem zapomnianą. Zachodzimy też do sklepu z telefonami, bo Marcinowi padła ładowarka. Sprzęt jest, a cena, jak to na Słowacji, bardzo polska, czyli duża.


Chcemy wrócić do Dunaju, by pojechać z jego nurtem, zgodnie z ideą wyprawy. Udaje się nam to na wysokości Číčov. Pojawiają się rowerowe drogowskazy i Euro Velo. Jest też Gabčikovo – tylko na obrazku możemy zobaczyć, co wczoraj straciliśmy. My jedziemy w drugą stronę, do Štúrovo, jeszcze trochę kilometrów przed nami.



Droga prowadzi wałem przeciwpowodziowym, Szału nie ma, nawierzchnia jest szutrowa – czasem bardziej, czasem mniej twarda – tylko na niewielkich odcinkach jest pseudo asfalt . Dobrze, że nie pada, bo byśmy mieli tutaj niezłą jazdę. Ciekawe są zabezpieczenia przed zmotoryzowanymi, którzy chcieliby jechać po szczycie wału. Rowerkowcom i pieszym barierki nie przeszkadzają.


Na wysokości wioski Klížska Nemá trafiamy na kawiarnię. Szkoda byłoby nie wejść; nie wiadomo, kiedy znów pojawi się szansa na kawę. Jak tylko weszliśmy do środka, okazało się, że jesteśmy w innym świecie. Kawiarnia wygląda jak izba pamięci. Są tam zdjęcia z lat 50-tych zeszłego wieku, ale też pamiątki z XIX wieku. Unosi się duch Austro-Węgier. Jednocześnie jest to lokalna knajpa z lokalsami popijającymi piwo i jedzącymi grillowane mięso. Barmanka mówi tylko po węgiersku, co nie zakłóca nam komunikacji i nie przeszkadza w zamówieniu kawy. Potem jeden z bywalców przychodzi do nas by po słowacku dopytać, skąd jedziemy i tłumaczy, że chce opowiedzieć barmance, „bo ona tylko po węgiersku, rozumiecie”. Wspaniałe są pogranicza, szczególnie te spokojne. W słowackiej wiosce da się prowadzić kawiarnię nie znając oficjalnie obowiązującego języka.




Wracamy na wał. Dunaj sobie płynie, a na brzegu różnorodne widoki i w formie, i w funkcji. Mijamy jakieś przemysłowe instalacje. Dalej ktoś chyba zakłada ekologiczne gospodarstwo, a krówki wędrują niespiesznie. My też niestety niespiesznie, bo momentami szuter jest bardzo głęboki, jedzie się nam coraz trudniej i coraz wolniej. W nogach czujemy już trochę trzeci dzień jazdy.




Jest piąta godzina jazdy, a do Štúrovo jeszcze kawał drogi. Decydujemy się opuścić malowniczy wał i poszukać bardziej przyjaznej nawierzchni. Na wysokości Nová Stráž odbijamy do drogi 63 i jedziemy do Komárno. A w Komárno burza, choć nie wiemy co to dla nas oznacza. Komárno czy Komáron? Historycznie to jedno miasto, teraz w dwóch krajach – ostatni raz jednym organizmem było w 1945 roku. Ach te pogranicza... Wjeżdżamy do Słowackiej części miasta szeroką estakadą, przyjemne to nie jest, samochody prują blisko nas.



Odbijamy w stronę rzeki i starszej części miasta. Piotrkowi dziwnie rusza się bagażnik, po sprawdzeniu okazuje się, że zgubił mocującą śrubę. Zatrzymujemy się, traf chce, pod sklepem rowerowym. Po wizycie w sklepie i zakupie śrubki za 20 centów, ruszamy na poszukiwanie miejsca na obiad.




Przejeżdżamy przez mały rynek, gdzie zatrzymuje nas przemiły kelner z Čili Cafe, zachęcając do wejścia. Jednak my chcemy zjeść coś na ciepło, a u niego to w zasadzie tylko naleśniki.

Idąc za jego radą wybieramy restaurację pensjonatu Duna. To świetny wybór. Obsługuje nas miła pani, która zachowuje się jak właścicielka pensjonatu. Kluchy są wspaniałe: z twarogiem i szpinakiem.


Na kawę postanawiamy wrócić do Čili Cafe. Do kawy jemy japońskie ciasteczka mochi.


Jest dobrze po siedemnastej, a my tak na oko jesteśmy w połowie drogi. Sporo jednak straciliśmy na szutrowym wale. Przejeżdżamy na węgierską stronę Dunaju i jedziemy drogą numer 1. Droga dla rowerów poprowadzona jest obok drogi krajowej. Najpierw ma postać asfaltu, potem płyt wychodzących spod tegoż asfaltu, a następnie prowadzi w pasie drogi. A potem już nic nie wskazuje na to, że jest tu jakaś rowerowa infrastruktura. To żart puszczać Euro Velo drogami krajowymi, kiedy obok kierowcy dają czadu. No i oznakowania zanikają, ale wiemy już, że na Węgrzech nie ma co zbytnio liczyć na drogowskazy. Odbijamy w lewo w drogę krajową numer 10. Zaczyna padać, a potem lać. Zastanawiamy się czy nie dałoby się kontynuować wycieczki pociągiem. W Süttő, na przystanku kolejowym, sprawdzamy rozkład i uspokajamy się: pociąg przejeżdża tędy dwa razy dziennie i oba mamy już za sobą. Dunaj płynie dostojnie, czemu ze spokojem przygląda się roznegliżowana pani.





W miejscowości Tát zbaczamy na chwilę pod jakiś hotel. Jesteśmy przemoczeni, na szczęście nie jest zimno, jednak trzeba uzupełnić energię. Jemy batony energetyczne i co tam kto ma. Popijamy izotoniki. Trochę odpoczywamy. W międzyczasie zrobiło się ciemno. Co prawda wiemy dokąd jechać, a do celu zostało tylko kilkanaście kilometrów, jednak nie uśmiecha się nam jechanie między samochodami. Wjeżdżamy na chwilę na drogę numer 117, a potem na równoległą do niej drogę techniczną. Ciemno choć oko wykol. Pakujemy się w jakieś błotko, a potem w jazdę pod prąd przy skręcie w drogę numer 11. Droga prowadzi do Esztergom, naprzeciw którego, po drugiej stronie Dunaju, jest Štúrovo – cel naszej dzisiejszej podróży.
Pada, my jedziemy, bo co nam pozostało? I nagle widzimy łunę – coś się bardzo świeci na horyzoncie. Jest późno, ale to raczej nie jest złudzenie. Pijacki omam też nie, bo jeździmy tylko na trzeźwo. Po kilku kilometrach widok robi się wyraźniejszy i wspólnie zgadujemy, że to Esztergom, a w zasadzie katedra, z której słynie to miasto. Widok jest powalający, warto było kręcić te wszystkie kilometry.


Wjeżdżamy do Esztergom, przeskakujemy rzekę i szukamy naszego zarezerwowanego noclegu. Jest w Štúrovo, gdzieś na końcu miasta. Dojeżdżamy. Przed nami kilkupiętrowy blokas, w większości ciemny, atmosfera trochę jak z horroru. Jednak na recepcji jest miły chłopak i wpuszcza nas do środka. Klaustrofobiczna winda z drzwiami z siatki i nieodoświetlone korytarze tylko pogłębiają wrażenie. Ale co tam, mamy dość i idziemy spać.




Štúrovo – Budapeszt, 28 czerwca, długość trasy: 70 kilometrów
Gdy rezerwowaliśmy nocleg nie mieliśmy pojęcia, że przyjdzie nam nocować w wielopiętrowym bloku. Slobi to skrzyżowanie akademika i hotelu robotniczego. Kuchnia na końcu korytarza, łazienka wspólna dla dwóch pokojów w segmencie. Pokoje dość spartańskie. Ale czysto, da się mieszkać. Napisy w różnych językach ubarwiają lokal.





Zbieramy się na śniadanie, ruszamy w stronę centrum Štúrovo. Nad samym Dunajem jest deptak, gdzie próbujemy znaleźć jakiś lokal. Słabo nam idzie i w efekcie kupujemy coś w piekarni. Jemy sobie te buły na deptaku i irytuje nas liczba samochodów wokół. To okropne, że przestrzeń teoretycznie piesza, jest tak atakowana. Kawkę pijemy też pod gołym niebem parę metrów dalej i ruszamy w stronę Budapesztu.




Przejeżdżamy przez Most Marii Walerii – graniczny most na Dunaju, łączący Štúrovo i Esztergom. Most jest, delikatnie mówiąc, pechowy. Otwarty w 1895. W 1919 zburzony, po czym odbudowany w 1927. Kolejny raz zniszczony w 1944 roku. Kikuty przęseł straszyły na węgiersko-czeskiej granicy przyjaźni aż do 2001. W 2007 roku po przystąpieniu Słowacji i Węgier do Strefy Schengen zniesiono kontrole graniczne. Oglądamy za dnia katedrę, która tak pięknie wczoraj świeciła. To największa katolicka świątynia na Węgrzech, a Esztergom jest siedzibą prymasów Węgier.



Esztergom mijamy bez zatrzymania. Wybieramy drogę numer 11 przez Pomáz, nie mając ochoty powtarzać wczorajszych doświadczeń z drogi krajowej – alternatywna trasa była drogą numer 10. Zapowiada się malowniczo, na horyzoncie pięknie wypiętrzają się góry. Jedzie się pięknymi zielonymi korytarzami. Trochę niepokoi nas smród hamulców samochodów jadących z naprzeciwka – czyżby to efekt długiego zjazdu, a w naszym przypadku podjazdu? I tak rzeczywiście jest. Jest coraz wyżej, jedno wzniesienie, kolejne i w zasadzie nie ma to końca. Widoki wspaniałe, a my poruszamy się z prędkością piechura. Wspięliśmy się na 593 metrów nad poziomem morza, przejechanie pod górę 17 kilometrów zajęło nam trzy godziny, z półgodzinną ulewą pośrodku. A na górze odbiliśmy sobie pieczątkę poświadczającą nasz wyczyn.








A teraz z górki na pazurki. Zatrzymujemy się Pilisszentkereszt na wysokości 340 metrów nad poziomem morza. Zjazd jest szalony i głód jest szalony. Wpadamy do jedynej chyba restauracji, bo mieścinka malutka. Jemy strapaczkę – świetne kluchy z wytrawnym twarogiem i owczym serem. Pan kelner, a może właściciel, mówi po słowacku. To kolejne doświadczenie językowe pogranicza.



Zjazd z góry, na tereny względnie płaskie, wyłączywszy przerwę obiadową, zajął nam około godziny. Warto było się wspinać. Mijamy Pomáz i Budakalász i jesteśmy na przedmieściach Budapesztu. A z tyłu zostają góry, które niedawno przejechaliśmy.


Euro Velo się odnalazło i od razu wpuściło nas w maliny w okolicach mostu Megyeri. Znaki wprowadziły nas nad sam Dunaj – to super, jednak obok biegła dużo lepsza droga dla rowerów. To tylko potwierdziło jakość oznakowania dla rowerów na Węgrzech.




I teraz już niespiesznie - pierwszy raz dojeżdżamy na miejsce za dnia, jedziemy sobie wzdłuż rzeki podziwiając widoki i przyglądając się miastu nad samą wodą. A tu życie tętni, ludzie się bawią, pootwierane są bary, słychać muzykę, bardzo to przyjemne.



Na moment wjeżdżamy na most kolejowy – Újpesti vasúti, na którym biegnie droga dla rowerów. Widać bracia Węgrzy radzą sobie z takimi wyzwaniami, u nas to wciąż za trudne. Widok z mostu piękny, a mostem można dostać się na wyspę – Népsziget; dzisiaj to w zasadzie już półwysep.



Za chwilę przejeżdżamy obok znacznie mniejszego, ale też kolejowego mostu, prowadzącego na wyspę Óbudai. Na mapie nosi nazwę Mostu K. Obecnie most pełni funkcję pieszo-samochodową z ruchem jednokierunkowym. Robi się coraz bardziej gęsto, samochodów coraz więcej. W pewnej chwili lądujemy na dwupasmówce, z której przez dłuższy czas nie możemy zjechać.



Udaje się wreszcie i jedziemy drogą obok linii kolejowej. Dojeżdżamy do Mostu Małgorzaty, który biegnie skrajem wyspy o tym samym imieniu. Wyspa zawdzięcza nazwę córce węgierskiego króla Beli IV, świętej Małgorzacie, która większość swojego życia spędziła tamże, w klasztorze dominikanek. A dzisiaj są tu hotele, restauracje, baseny, tereny rekreacyjne.




Pokonujemy most i jesteśmy po Peszteńskiej stronie miasta. Ruch samochodowy potężny, do czego przyczynia się remont na jednej z głównych ulic miasta – bulwar József. Póki co nie widzimy jakiejś szalonej rowerowej infrastruktury. Marcin opowiadał, że odbywała się tu potężna Masa Krytyczna i została zawieszona ze względu na osiągnięcie zakładanych celów. Faktem jest, że mimo dużego ruchu, kierowcy ewidentnie widzą i respektują rowerkowców. Nie mamy poczucia zagrożenia wynikającego z chamstwa czy złośliwości kierujących samochodami.




Przy skrzyżowaniu József i ulicy Üllői skręcamy w głąb podwórek, trochę nie wiadomo po co. I jak zwykle warto było. Trafiamy na pasaż – Corvin köz, poza tym że handlowy, to jeszcze dość ciekawy. Nie tylko fajnie uspokojono ruch, ale też pojawia się polski akcent. I nieoczywiste zdobienia fasady jednego z budynków. Jak się okazuje, w tych okolicach toczyły się zacięte walki w 1956 roku.



Za chwilę jesteśmy na ulicy Tompa, gdzie mamy nocleg. Okolica jest kawiarniana, sporo ludzi przy stolikach, gwar głosów. Gdy odbieramy w restauracji klucze do hostelowego pokoju, kelner mówi coś o fucking job, mając na myśli hostel, ale się nie przejmujemy. Zostawiamy rzeczy i idziemy do sklepu, po coś na kolację.


Just Like Home Hostel – upiorny śródnocnik albo krwawy horror, 28 / 29 czerwca
Kolację jemy w pokoju. Hostel nie powala. W łazience sypie się z sufitu, jest lekki syf, a pościel wygląda na niedopraną, albo wręcz nie zmienioną po poprzednich gościach. Obsługi nie ma, bo pracują w godzinach 11-19. Trochę drzemiemy, zmęczeni całym dniem. Nagle Piotrek czuje, że go coś gryzie. Może to komary, ale ugryzienia zwiastują coś innego. Zaczynamy się nerwowo rozglądać i na pościeli znajdujemy pluskwy. Są także w szafie, pod łóżkiem, w drewnianym parapecie. W szufladzie stolika znajdujemy kartę z przestrogą przed pluskwami; kartka jest na paragonie z maja. Wygląda na to, że nikt tu nie sprząta. Decydujemy, by się natychmiast wynosić. O pierwszej w nocy musimy więc szukać innego noclegu. Trzymajcie się z daleka od tego miejsca!




Lądujemy na ławce, na ulicy. W sumie jest miło, pogodna noc, dobre towarzystwo, tylko spać nie ma gdzie. Może będziemy trzymać wartę i pośpimy na ławce? Do wschodu słońca już niedaleko. Naprzeciw hostelu jest hotel Leonardo. Cztery gwiazdki, trochę poza naszymi oczekiwaniami. Niemniej Marta idzie spytać o miejsca. Są i możemy dostać rabat, jeśli zostaniemy na drugą noc. Decydujemy się, w środku nocy nie bardzo mamy ochotę i siłę czegoś szukać. Bardzo przyjemne i wygodne miejsce. Obsługa miła i pomocna. Jest dedykowane miejsce na rowery na parkingu hotelowym. Wygodne łóżka, sama słodycz. Tylko jeszcze przeglądamy rzecz po rzeczy i wszystkie sakwy, by nie przywlec pluskiew do Warszawy. Wydaje się, że jest czysto. Teraz już naprawdę pora jest spać.
(Hostel w późniejszej korespondencji obiecał pokryć koszty noclegu w hotelu – nie zrobił tego nigdy – zażyczył sobie najpierw zapłaty za nocleg, który nie miał miejsca).



Budapeszt, 29 czerwca
Budzimy się wyspani i w czystej pościeli. To bardzo miłe i wcale nie jest luksusowe. Jesteśmy u celu naszej wycieczki. Poczuliśmy to teraz. Nigdzie się specjalnie nie spieszymy. Na jedenastą jesteśmy umówieni z mamą Laszlo po odbiór biletów na pociąg do Pragi. Mama jest przemiła i jest Polką. Odbieramy komplet biletów dla nas i dla naszych maszyn. Umówiłyśmy się na placu Kalwina, niedaleko hotelu. Do tej pory wydawało się nam, że Kalwin miał na imię Jan, a tu stoi Janos. Jemy śniadanie w towarzystwie reformatora. Świetne warzywne omlety i niezła kawa.





Kręcimy swobodnie po Budapeszcie. Trafiamy znowu w okolice pasażu Corvin. Tu Marcin wypatrzył pomnik Buda Spencera – odtwórcy wielu ról w spaghetti westernach. Ale czemu on stoi w Budapeszcie?



Drogę przecina nam Ikarus – Warszawa je dawno pożegnała, a Budapeszt nadal wykorzystuje.

Wybieramy się do arboretum, gdzie ukrywał się Nemeczek z powieści Chłopcy z Placu Broni, i tak się przeziębił, że w konsekwencji zmarł. Jednak bilety tylko gotówką, a tu gotówka znaczy forint. Nie mamy i zmywamy się jak niepyszni.



Skoro tak, to jedziemy odwiedzić chłopaków z Placu Broni. Nadal bawią się przed swoją szkołą i grają w kulki. Szkoła stoi, tak jak stała, przy ulicy Prater 11.




Dumnie prezentujemy nasze stroje organizacyjne – koszulki Nieoczywistych Wycieczek Rowerowych.


W Budapeszcie można skorzystać z roweru publicznego. I jest to system firmy Nextibe, czyli tej samej, która obsługuje dużą część Polski. Jedna z budapeszteńskich zasad: odwróć siodełko gdy rower jest uszkodzony, jest wprowadzona systemowo (w Polsce to tylko zwyczaj bardziej wtajemniczonych rowerzystów w Łodzi, Radomiu czy Warszawie).




Oznakowań związanych z ruchem dla rowerów jest całkiem sporo. Są ulice z kontraruchem, jest informacja o przejeżdżających w poprzek rowerach i inne, które nie zawsze rozumiemy. Są oczywiście „sierżanty”. Piotrek nadal nie pojmuje, jakież to osiągnięcia spowodowały, że Masa Krytyczna przestała jeździć w Budapeszcie.





Jedziemy nad Dunaj popatrzeć na Budę, a przy okazji obejrzeć Most Łańcuchowy. Most ma rzeczywiście grube łańcuszki.




Zostawiamy na chwilę rowery, by przejechać się linią M1 metra. To druga, po londyńskiej, najstarsza linia metra w Europie. Otwarta w 1896 roku z okazji obchodów tysiąclecia państwa węgierskiego. Pociąg jest malutki i króciutki, przypomina trochę kopalniane wagoniki. Stacje są małe i kameralne. Linia M1 nie jest tylko atrakcją turystyczną, jest włączona w miejską sieć, a przesiąść się z niej można na placu Deák Ferenc. Zmierzcha się i pora wracać do hotelu, jutro powrót do domu.




Epilog z bonusem, 30 czerwca / 01 lipca
Nasza podróż wzdłuż Dunaju kończy się w Budapeszcie, jednak kłopot z przewozem rowerów powoduje, że jedziemy do Pragi. Odjazd mamy z dworca Budapest Nyugati. Dworzec został zbudowany w XIX wieku przez firmę Gustawa Eiffla.




Wokół dworca pełno jest rowerów. Są też takie mniej oczywiste. Trafiamy na „poziomkę” – nie wiemy jak się na niej jeździ. Oglądamy ją z kilku stron i zero pomysłu. I gdzie podziało się siedzenie? Z drugiej strony dworca zaparkowana jest szosa Batavus – podobną Piotrek widział w Wilnie.




Wsiadamy do pociągu czeskich linii kolejowych. Wagony do przewozu rowerów są bardzo przyzwoite. Jest dużo miejsca na rowery. Co prawda to haki, ale my odmawiamy „szubienicowania” naszych maszyn. Do miejsc na rowery dedykowane są miejsca siedzące, w pobliżu wieszaków. Przy każdej parze siedzeń są stoliki i gniazdka elektryczne. Konduktorka pokazuje nam sprytny patent z podnoszonym siedzeniem – można tam umieścić bagaż nie mieszczący się na półce.





Podróż jest przyjemna i bezproblemowa. Wysiadamy w Pradze. Mamy kilka godzin przerwy.


Najpierw dbamy o swoje żołądki. W bocznej uliczce od Na příkopě, czyli jednej z bardziej znanych na Starym Mieście, znajdujemy bar. To zabawne, że dosłownie sto metrów dalej jest tłum, a tu cisza zupełna. Wybieramy tę knajpkę, bo przy stoliku obok je policja; jedzenie nie może być złe. Decydujemy się na panierowany ser z ziemniakami. Bomba kaloryczna i pychota. Chciałoby się jeszcze piwko do tego, jednak rowerkowcu – nie piłeś, nie pij!


Lekki lansik po turystycznej części Pragi trzeba zrobić, no to krążymy. Trafiamy na sklep z czeskim wzornictwem. I co tam jest na wystawie do pochwalenia się? Faworit. Obok jest pan bez nogi.






Decydujemy by zaznaczyć swoja obecność w Pradze standardowo. Bo gdy wraca się z Pragi to pytają: a na Moście Karola byłeś? Tłum na moście i obok niemożebny. Most piękny, pewnie najfajniej jest tu o świcie.





Staramy się wydostać z tłumu. Znak pokazuje, żeby się nie przejmować i jechać środkiem torów. Potem jednak zsiadamy i przebijamy się na piechotę przez uliczki starej Pragi.



Wtem! Marta przypomina sobie, że ma w Pradze koleżankę, która w dodatku prowadzi księgarnię. Jedziemy. Miasto robi się przyjaźniejsze, czytaj: pustoszeje. Chyba tu po prostu mieszkają, a nie zwiedzają. Jedziemy na ulicę Krymská w dzielnicy Vršovice. Mieści się tu kameralny lokal łączący księgarnię i sklep – Bougainvillea Bar & Store. Hiszpańskie akcenty i książkowe klimaty. Można napić się kawy i wina. Zjeść tapas i ciasteczko cynamonowe. Kupić książkę i espadryle. Prawdziwa lokalna Praga. Warto wpaść. Tylko dla tych co się nie spieszą. Koleżanki Marty nie ma, ale i tak zostajemy obdarowani ciasteczkami.





Pora ruszać się w stronę stacji. Trzeba powspinać się w górę miasta, choć już nie tak dramatycznie, jak w drodze do Budapesztu – tylko jakieś trzy kilometry.




Dojeżdżamy do dworca, kapitalnie wygląda hala z góry, ta plątanina torów, pociągi, jak zabaweczka. Sam dworzec to mieszanka zabytku i nowoczesności.





Historię dworzec ma bogatą. Został otwarty w 1871 roku przez Franciszka Józefa I. Na początku XX wieku przebudowano go w stylu secesyjnym. W okresie socjalizmu dworzec uzyskał nowy terminal. W środku budynek ma piękne elementy.




Są też miejsca przypominające o smutnym okresie w historii Europy. Dwa pomniki przypominają o pomordowanych żydowskich dzieciach i ich rodzicach. A także o Nicholasie Wintonie i innych, którzy pomogli wywieźć 669 dzieci do Wielkiej Brytanii w 1939 roku.





Do Warszawy wiezie nas polski przewoźnik, jedziemy slipeterką. To takie niby kanapy, rozkładane tak, że można się położyć. Marcie i Piotrkowi wydają się wygodne, Marcin jest mniej przekonany. Niestety rowery trzeba powiesić. Jest zbyt mało miejsca, by stały. Zamierzamy poprowadzić kampanię społeczną: Precz z wieszakami, rower to nie płaszcz!
Ale to już po powrocie. Drzwi się zamykają, ruszamy do Warszawy. Koniec wycieczki.




Na koniec ceny
(za jedną osobę w złotówkach)
Koszty połączeń kolejowych (wszystkie bilety zniżkowe w promocji):
Warszawa – Wiedeń = 169
Budapeszt – Praga = 166
Praga – Warszawa = 133
Noclegi:
Green Prater Apartments Wiedeń = 148
Garni G Hotel Bratislava = 66
Apartman u Karla Velky Meder = 57
Slobi Štúrovo = 34
Hotel Leonardo Budapeszt = 223 (dwie noce)
Jedzenie, drobne upominki: ok. 700