PoWoli

Długość trasy: 39 kilometrów.

Zainspirowani tekstem o trudnej tożsamości Woli, postanawiamy rzucić NWRowym okiem na tę dzielnicę. Jak się okazuje, wszyscy mamy jakieś związki z tą częścią Warszawy.

Ruszamy w stronę Poniatowskiego. Marcin spod częściowo wyremontowanego domu na kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych, Marta i Piotrek spod domu przy Alei Waszyngtona.

Na Poniatowszczaku, mimo niedzieli, praca wre. Po spaleniu się Mostu Łazienkowskiego większość ruchu samochodowego przeniosła się na przeprawę imienia Księcia Józefa. Miasto wytyczyło buspasy, które teraz nie tylko są w obu kierunkach, ale też ciągną się od Ronda Waszyngtona do Ronda de Gaulle'a. W dni powszednie samochodowa masakra wylewa się na cały most, praktycznie od rana do wieczora. Teraz jest przyjemnie pusto.

W związku z objazdami nagle drogi na Białystok i na Gdańsk zespoliły się w jedno – symbolicznie łącząc nasze dwie najdłuższe wycieczki.

I Wisła już za nami, a przed nami Złote Tarasy, Pałac Kultury i Nauki, Dworzec Centralny i całe nasze Centrum mamy jak na dłoni. Ach, widok zapiera dech.

Mijamy Jana Pawła i znajdujemy się w granicach administracyjnych Woli. Pierwsza konstatacja jest taka, że to dzielnica dworców. Ledwo znaleźliśmy się na jej terenie a już minęliśmy: Dworzec WKD Warszawa Śródmieście, Warszawę Główną, Warszawę Ochota, Warszawę Zachodnią. Wszystkie one (niekiedy wbrew intuicji i nazwie) są w granicach Woli.

Przyciąga szczególnie Warszawa Zachodnia: bryłą, wdziękiem i zdobieniami.

Skręcamy w Prymasa Tysiąclecia i drogą dla rowerów, przez tunel pod torami, kierujemy się w stronę Kasprzaka.

Po drodze jedna z wielu wolskich budów. Dzielnica od wielu lat zmienia charakter z przemysłowego na mieszkalny i biurowy. Ciągle tu się coś buduje. Wola to największy plac budowy w pobliżu centrum Warszawy.

Dojeżdżamy do skweru płk. Zdzisława Kuźmirskiego-Pacaka. Skwer trudno dostępny i schowany w widłach dwóch bardzo ruchliwych ulic: Wolskiej i Kasprzaka. Patron skweru, przy użyciu terpentyny z pobliskiej fabryki chemicznej, produkującej świetną przedwojenną pastę do butów, wsławił się skutecznym zniszczeniem kilkudziesięciu wozów pancernych atakujących Wolę we wrześniu 1939 roku.

Marian Porwit pisze o walkach w dniu 9 września 1939 roku: „Pozycja 8 kompanii 40 pp obejmowała starą historyczną redutę nr 56 z oblężenia Warszawy w 1831 r., zwaną redutą Sowińskiego, u zbiegu ulic Wolskiej i Redutowej, opartą o cmentarz i kościół prawosławny a przy samej ulicy Wolskiej kościółek św. Wawrzyńca z grobami poległych w dniach 6 i 7 września 1831 r. żołnierzy 8 pp liniowej i pamiątkowym krzyżem w miejscu, na którym poległ generał Sowiński. Kontrastem tych miejsc była południowa część odcinka zajęta przez fabrykę chemiczną "Dobrolin". Przedpole było nieprzejrzyste, zabudowane małymi domkami przeważnie parterowymi.

Luzując o świcie 8 września oddział z batalionu "Stołecznego" kompania zastała dobrze zbudowaną barykadę na ul. Wolskiej. Dzięki pomocy saperów i ludności cywilnej zbudowano stanowiska ogniowe i przeszkody przeciwpancerne. (...) Odkrywszy w fabryce "Dobrolin" duże zapasy terpentyny, por. Pacak-Kuźmirski polecił umieścić około 100 beczek tego łatwopalnego materiału na bezpośrednim przedpolu z zamiarem zapalenia go w czasie natarcia czołgów.

(...) Na ogonie fali uchodźców niemiecka kolumna czołgów i pojazdów piechoty podjechała aż pod barykadę, wypełniając całą gardziel ulicy Wolskiej aż po stary cmentarz. Na z góry umówiony sygnał trąbki rozpętała się nawałnica ognia na niemiecką kolumnę. W ogniu wyskakiwali żołnierze niemieccy z samochodów, lecz w wąskiej ulicy nie mogli znaleźć ukrycia. Zapalone zostały pola terpentyny. Płonęły niemieckie czołgi i pojazdy. Zamieszanie u zaskoczonego przeciwnika było tak zupełne, że nadjeżdżające z tyłu pojazdy wjeżdżały na chodniki, uniemożliwiając swym poprzednikom i sobie wycofanie. Zwycięstwo było tutaj zupełne. Walka trwała około godziny.”

(Marian Porwit, Obrona Warszawy. Wrzesień 1939, wyd. Czytelnik, Warszawa 1969, ss. 73-74):).

Jak widać okolica wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Nie ma śladu po gęsto zabudowanej Wolskiej, jest tylko wielki wygwizdów w postaci samochodowego ścieku. Losy bohaterskiego płk. Zdzisława Kuźmirskiego-Pacaka są pogmatwane jak historia Polski.

Po upadku Warszawy w 1939 roku trafił do oflagu, z którego uciekł w 1942 roku. Wstąpił do AK i działał miedzy innymi na terenie Okręgu AK Stanisławów. Aresztowany przez NKWD w 1945 roku został przewieziony do Moskwy i osadzony w więzieniu. Zgodził się na współpracę z NKWD i w 1946 roku wrócił do Polski. W 1950 roku aresztował go Urząd Bezpieczeństwa, w konsekwencji został skazany na 10 lat więzienia. Na podstawie amnestii z 1956 roku opuścił więzienie, a ostatecznie przywrócono mu stopień wojskowy i odznaczenia na podstawie amnestii w 1976 roku. Był działaczem Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD). Zmarł w Krakowie.

Marcin chciał byśmy przyjechali na skwer, bo jest sentymentalnie związany z żyrafą, stojącą właśnie tu. Żyrafa została przeniesiona z okolic Stadionu Olimpii, są tu również inne dzieła, stojące wcześniej na ulicy Kasprzaka. Skwer jest swoistą galerią sztuki, rzeźby są pozostałością po Biennale z 1968 roku. Jego celem była współpraca środowiska artystycznego z robotniczym, wpisująca się w ideę konstruktywizmu.

Dla Piotrka to także istotna okolica; na pobliskim cmentarzu prawosławnym pochowani są jego dziadkowie.

Ruszamy w stronę Sowińskiego. Po drodze mijamy Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Jego członkowie zwani są potocznie mormonami. Nazwa pochodzi od proroka Mormona, autora Księgi Mormona wydanej w 1830 roku.

Zbliżamy się do pomnika Polegli Niepokonani. Miejsca pochówku ponad 100 tysięcy warszawiaków. Spoczywają tu prochy głównie powstańców warszawskich, ale też cywilnych mieszkańców stolicy oraz żołnierzy poległych podczas walk w 1939 roku.

Skręcamy w Sowińskiego. Uliczka wiedzie między cmentarzami i pokazuje zapomnianą już twarz Woli.

Ale za chwilę dopada nas widok działalności deweloperów, zabudowujących każdy wolny skrawek dzielnicy, choć trochę miejsca jeszcze zostało.

Dojeżdżamy do Pustola i terenów dziecięcych i młodzieńczych zabaw Marcina. Świat wokół niemal w całości się zmienił. Wokół prawie same nowe osiedla. Ostało się osiedle, na którym wychował się Marcin i teren zlikwidowanych już zakładów PZL Wola (dawniej: Zakłady Mechaniczne imienia Marcelego Nowotki).

Dalej jedziemy Szulborską, która niepodziewanie dla nas zamienia się w Człuchowską. Człuchowską kojarzyliśmy z okolicami Powstańców Śląskich, ale żeby tutaj ją spotkać? Trochę dziwne. Z Człuchowskiej skręcamy w Wincentego Pola, a potem w Strąkową i naszym oczom ukazuje się budynek jakby zwiastujący stację kolejową – Warszawa Jelonki. Przez chwilę szukamy peronu, ale to jednak nie jest kolejny przystanek kolejowy. To stacja węzłowa na linii z Warszawy Głównej Towarowej do Warszawy Gdańskiej. Sprytny objazd umożliwiający pociągom towarowym ominięcie torów w rejonie Warszawy Zachodniej. Obok jest też nieczynna bocznica zakładów PZL Wola.

Jadąc Strąkową wjeżdżamy wprost na Plac Kasztelański. Widziany od strony Powstańców Śląskich traci trochę ze swego uroku. Od strony Strąkowej jest kameralny i ładnie musi wyglądać wiosną.

Jedziemy chwilę Powstańców Śląskich i znowu jesteśmy przy Człuchowskiej. Przed nami koronny dowód na to, że tu jeszcze niedawno była Wola.

Wjeżdżamy w Osiedle Jelonki, które także jakiś czas temu przeniosło się do Dzielnicy Bemowo. Na Drogomilskiej natykamy się na coś dziwnego. Ślady po historycznej zabudowie, sen szalonego architekta, fantazja zbieracza cegieł?

Borowego kierujemy się w stronę Lazurowej. Chcemy sprawdzić czy coś zostało z tych bezkresnych pól, które wszyscy pamiętamy z kilku lat wstecz.

Kiedyś gdy wysiadało się na Lazurowej z autobusu, po podróży trwającej wieki, po jednej stronie widziało się zabudowania Jelonek, po drugiej wielkie pola po horyzont obsadzone kapustą. Teraz i tu świat zmniejszył się i zabudował. I Warszawa, jak to stolica, coraz mniej jest wiejska - szkoda.

Wjeżdżamy znowu w osiedle skuszeni Parkiem Górczewska, a w zasadzie Parkofrajdą. Zastanawiamy się czemu deweloperzy oszczędzili ten kawał terenu. Odpowiedź szybko się pojawia – teren parku biegnie pod liniami wysokiego napięcia.

Na terenie parku jest całkiem elegancka muszla koncertowa. Znajdujemy też dwa pomniki poświęcone dwóm całkiem różnym artystom.

Obok muszli znajdujemy stację Bemowo Bike, pierwszego w Warszawie systemu roweru publicznego. System ten od tego roku zostaje zastąpiony Veturilo i mieszkańcy Bemowa będą mogli przejechać się na rowerze choćby na Grochów.

Domy na osiedlu otaczającym park jakiś żartowniś oznakował tak by łatwo było je rozróżnić. Rzeczywiście, tak na oko nie różnią się niczym. Czemu jednak ozdóbki są rodem z przedszkola?

Przeskakujemy na drugą stronę Powstańców Śląskich, na teren Osiedla Przyjaźń. Stoją tu domy postawione dla bratnich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Wissarionowicza Stalina. Jak można przeczytać na stronie www.osiedleprzyjazn.pl, osiedle powstało w 1952 roku, zbudowane zostało między innymi z materiałów z rozbiórki obozu. jenieckiego Stalag I-B "Hohenstein" koło Olsztynka. Na terenie osiedla znajdowały się wszystkie niezbędne obiekty: kino, stołówka, klub, biblioteka, poczta, łaźnia i kotłownia. W 1955 roku osiedle zostało zamienione na akademiki. Dzisiaj jest enklawą spokoju i zieleni. Wciąż są zakusy by je zabudować, to przecież tylko parę kilometrów od Pałacu Kultury.

Konarskiego przejeżdżamy Górczewską i jedziemy w stronę Bolkowskiej. Słyszeliśmy ciepłe opinie o osiedlowej kawiarence, a pora na kawę już jest najwyższa. CieKawa Cafe mieści się w dość nijakim pawilonie na rogu z Powstańców Śląskich. Za to w środku jest bardzo miło. Można napić się dobrej kawy, coś zjeść, jest kącik dla dzieci. Infrastruktura też jest przygotowana dla ludzi o mniejszych rozmiarach. Na piętrze są salki gdzie odbywają się zajęcia dla dzieci.

Górczewską, wiaduktem nad torami jedziemy do Wola Parku. Ten przybytek konsumpcyjnego rozpasania przyciąga nas tylko jednym, osobą Krystiana Urlicha. Jan Krystian Ulrich, dziewiętnastowieczny ogrodnik, rozwijał w Warszawie hodowlę kwiatów w szklarniach – był prekursorem „badylarstwa”. Szczególnie słynął ze swych odmian azalii. Stworzył własną szkołę dla ogrodników. Założył także sławne ogrody Urlicha na Woli. W 1958 roku ogrody odebrano rodzinie Urlichów w konsekwencji popadły w kompletną ruinę. Ich smętne ślady można oglądać właśnie obok centrum handlowego. Marcin wychował się na osiedlu nazwanym na cześć Urlicha.

Ruszamy Górczewską w stronę Śródmieścia. Po drodze zatrzymujemy się przy niepozornej kamienicy, która zawsze fascynowała Piotrka. Ostatnie piętro domu jest podniesione i dobudowano wewnętrzną klatkę schodową. Piotrek obiecuje sobie, że kiedyś wprosi się do środka i zobaczy jak mieszkanie wygląda od wewnątrz.

Jedziemy dalej Górczewską, mijamy Olimpię i trafiamy na pomnik jakich sporo na Woli. Kolejna pamiątka po rzezi jaką Niemcy urządzili podczas pierwszych dni Powstania Warszawskiego.

Na rogu Płockiej i Górczewskiej stoi ogromny budynek urzędu pocztowego, a obok na rogu z Działdowską jest Szpital Dziecięcy. Marcin pamięta jak chodził tam na pływalnię. Budynek przetrwał wojnę jako nieliczny w okolicy.

Z Wolskiej skręcamy w prawo w Płocką. Tu pod numerem 3 mieszkała rodzina Marty. W jednopokojowym mieszkaniu z kuchnią musiało zmieścić się kilka osób. Kamienica przetrwała wojnę, ale Marta nie zna losów jej poprzednich mieszkańców. Jej rodzina wprowadziła się na Płocką już po wojnie. Sama Marta już tu nie mieszkała. Po drugiej stronie ulicy, pod dwójką, zawsze był i jest sklep mięsny. Do dzisiaj ma w ofercie najlepsze wołowe z Polski.

W nieco sentymentalnych nastrojach jedziemy w stronę Młynarskiej. Po drodze mijamy zajezdnię tramwajową i PEDET na Woli, który lepsze czasy ma już chyba za sobą. Kiedyś był budynkiem handlowym. Teraz jest biurowcem i nazywa się Wola Plaza. Z drugiej strony, może powinniśmy być wdzięczni obecnym właścicielom. Odnowili budynek, zachowali oryginalną elewację, może nie ma innego sposobu na zachowanie ciągłości nieco starszej architektury. PEDET powstawał przecież na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przejście podziemne pamięta nieco późniejsze czasy, wygląda jakby nic od lat osiemdziesiątych się nie zmieniło.

Od Młynarskiej odbijamy w stronę Działdowskiej. Chcemy rzucić okiem na kolonię Wawelberga.To pierwsze w Warszawie tanie mieszkania robotnicze, kilkadziesiąt lat starsze niż osiedle na Kole. Powstały z darowizny bankiera Hipolita Wawelberga. Budynki powstały pod koniec XIX wieku. „Pierwsze dwa bloki wybudowano w ciągu jednego roku. Było w nich razem 178 mieszkań, z czego ponad połowa miała dwie izby, co okazało się za drogie dla robotników. Dlatego też kolejny blok, ukończony w 1900 r., liczył 131 mniejszych mieszkań. Wawelbergowie, świadomi wagi edukacji, nie zapomnieli o szkole. Niestety, budynek szkolny nie istnieje już od dawna. Na terenie osiedla znajdowała się również łaźnia, ozdobiona szczytami jak w średniowiecznym zamku. Zburzono ją już w XXI w.” (źródło)

Na ścianie jednego z budynków kolonii, od strony Górczewskiej, wisi kolejna tablica upamiętniająca śmierć Polaków. A obok inna historia, tablica upamiętniająca powstanie PPR. Przy okazji dowiadujemy się, że sklep rowerowy Velove przeniósł się bliżej nas, w okolice Ronda Starzyńskiego. W budynku przy ulicy Górczewskiej 15 mieści się istniejąca od 1925 cukiernia Władysława Zagoździńskiego. To tu są podobne najlepsze pączki w Warszawie i tu ustawiają się w Tłusty Czwartek gigantyczne kolejki.

Wracamy do Wolskiej i Karolkową jedziemy w stronę Ronda Daszyńskiego. Te okolice pokazują chyba najbardziej jak Wola się zmienia – z robotniczej dzielnicy w biurową.

Jedziemy Prostą, która jest częścią ciągu rowerowego prowadzącego od Zamojskiego do Bema – taki rowerowy Wolsko-Kamionkowy trakt.

Przed Żelazną zatrzymujemy się przed pomnikiem upamiętniającym ucieczkę kanałami ostatnich bojowników Powstania w Gettcie Warszawskim. Symcha Ratajzer-Rotem wydostał się z getta, a potem wrócił by zorganizować ucieczkę z terenu dogorywającej dzielnicy.

Opuszczamy teren Woli. Jeszcze rzut oka na fabrykę Norblina i kierujemy się w stronę Wisły.

Szybka jazda Świętokrzyską, potem w dół Tamką, przez Most Świętokrzyski, przez Park Skaryszewski i jesteśmy w domu.

ten wpis na Facebooku

Tagi: #NWR #Rower #Warszawa #Piotr Todys #Piotrek Todys #Marcin Kowarzyk #Wola #Towarzystwo Osiedli Robotniczych #Warszawa Zachodnia #Warszawa Głowna #Zdzisław Kuźmirski-Pacak #Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich #Mormoni #Polegli Niepokonani #PZL Wola #Jelonki #Osiedle Przyjaźń

Komentarze

Ostatnie wpisy

Pod Warszawą bitwa

Długość trasy: 75 kilometrów.

Z jakiegoś tajemniczego powodu, decydująca bitwa w wojnie z bolszewikami w 1920 roku nazywana jest Bitwą Warszawską; wszak wiadomo, że działania wojenne toczyły się sporo kilometrów od stolicy. Na tyle daleko, że jadąc śladami walk robimy sobie całkiem długą wycieczkę.

Cały wpis

Ciechanów - tylko piwa czasem brak

Długość trasy: 114 kilometrów.

Brakuje nam czasu, głównie Piotrkowi, by pojechać trochę dalej. Ostatnie nasze wycieczki oscylują wokół tras około 50 kilometrowej długości, dzisiaj zatem coś dłuższego.

Cały wpis

Towarowce w Skaryszaku

Długość trasy: 50 kilometrów.

Po południu w Skaryszaku będzie prezentacja rowerów cargo, a my lubimy takie użyteczne maszyny. Mamy do parku tylko kilka minut. Ale co to za wycieczka trwająca tylko kilka minut? Zatem jedziemy do tych towarowców lekko naokoło.

Cały wpis