Rubieże Woli

Długość trasy: 35 kilometrów.

27 czerwca to światowy dzień smerfa i światowy dzień szwagra. Szczególnie to drugie święto jest à propos naszej znajomości. Tamtego dnia nie do końca udało się nam pojeździć po Woli, dzisiaj kolejna próba.

Tym razem pod Muzeum Woli jest kilkanaście osób, w sumie na wycieczkę wybiera się piętnastka czy szesnastka gotowych zwiedzać Wolę.

Muzeum Woli. Przed budynkiem stoi kilkanaście osób z rowerami.

Rowery przeróżne: jest singiel, są rowery trekkingowe, górale, składak, gravel, a nawet rowery Veturilo; segment semi-cargo reprezentuje rower Marcina, oraz jeszcze dwa sprzęty ATB z bagażnikiem z przodu.

Niebieski gravel oparty o schody budynku. Fioletowy singiel oparty o stojącą osobę. Widać nogi w spodniach koloru czarnego. Korba, bidon, łańcuch są w tym samym kolorze. Dziedziniec przed Muzeum Woli. Stoi kilka osób, jedna z żółtym rowerem.

Zaliczamy małe zaskoczenie, bo teraz dopiero dowiadujemy się jakiego rodzaju ma być trasa. Wiedzieliśmy, że będziemy jeździć po Woli, w jej granicach z 1916 roku. Nie wiedzieliśmy, że mają być głównie szutry, sporo terenu. Henryk Kwiatek z Kwiaciarni Grafiki, jak napisano na stronie muzeum „rubieżysta, grafik, fan cyklizmu, i antropogenu” - nasz cicerone oferuje nam trasę wycieczki na telefon „bo nigdy nie wiadomo”. I pyta koleżeństwo na Veturilo jak tam u nich z jeżdżeniem. A przed startem informuje, że wycieczka ma mieć długość 40 kilometrów i czas przejazdu 3 godziny. Hm, niezła planowana średnia jak na krajoznawczy objazd z opowiadaniem i różnorodne towarzystwo.

Dziedziniec przed Muzeum Woli. Stoi kilka osób z rowerami; w centrum Henryk Kwiatek.

Ruszamy Kolejową i Prądzyńskiego w stronę Dworca Zachodniego.

Jezdnia biegnąca pomiędzy starym murem a rzędem nowych budynków mieszkalnych. Jezdnią jedzie kilka osób na rowerach. Grupka rowerzystów na małej uliczce. Po prawej stronie biegną tory kolejowe. Osoby na rowerach poruszające się po chodniku obok nierównej drogi z
kałużami.

Potem kierujemy się w stronę, nieco mitycznego i zwykle trudno odnajdywanego peronu numer 9. Po drodze przeprawa przez przejście podziemne. Zastanawiamy się, jak osoby na Veturilo radzą sobie z ciężkimi maszynami.

W tle peron zadaszony peron i tory kolejowe. Na pierwszym planie chodnik oddzielony płotem od peronu. Kilka osób znosi rowery po schodach przejścia podziemnego.

Kwiatek snuje opowieść o bocznicach starej Woli.

Grupa osób na rowerach skupiona wokół Henryka Kwiatka i Konrada Schillera. W tle tory kolejowe.

Merytorycznie świetnie uzupełnia go Konrad Schiller, dziś „w cywilu” kierownik Muzeum Woli, opowiadający o fabrykach i fabrykantach Woli z XIX i XX wieku.

Konrad Schiller i kilka innych osób. W tle tory kolejowe.

Kierujemy się do ulicy Armatniej i wiaduktu kolei Warszawsko-Kaliskiej. Kilka naszych wycieczek zagnało nas na te tereny. Z perspektywy lat widać jak bardzo Warszawa się zmienia, a okolice Dworca Zachodniego przeszły spektakularną zmianę.

Mocno padało w nocy, teraz też trochę siąpi, trasa momentami jest bardziej dla roweru wodnego.

Zalany wodą przejazd pod wiaduktem. Kilka osób prowadzi rowery skrajem
tunelu omijając wodę.

Lądujemy na Mszczonowskiej, w pobliżu szubienicy — miejsca kaźni z czasów II Wojny Światowej.

W tle szubienica na tle krzewów. Na pierwszym planie stoi kilka osób i kilka rowerów.

Konrad mówi o miejscu, daje rys historyczny – słychać, że ma wiedzę i swobodę opowiadania.

Konrad Schiller stoi na tle drzew.

Jedziemy Gniewkowską i zanurzamy się w Odolany. Jak pisaliśmy w 2014: „Odolany zawsze nas pociągały. Nie wiadomo, czy przez połączenie industrialu z przyrodą czy może za sprawą aury przygody między torami”. Marcin wychował się na pobliskim Urlychowie; na Odolany zapędzał się jako dziecko. To tutaj w 2011 roku zdecydowaliśmy, że założymy bloga Nieoczywiste Wycieczki Rowerowe i będziemy opisywać Warszawę z perspektywy roweru.

Kilka osób na rowerach porusza się asfaltową jezdnią. W tle kilka silosów. Kilka osób jedzie na rowerach po drodze wyłożonej trylinką. Droga prowadzi między krzakami. Betonowy plac poprzerastany trawą. W tle osoby na rowerach, betonowe i blaszane budynki niejasnego przeznaczenia.

Dojeżdżamy do „kurczaka”, jak nazywa ten obiekt nasz przewodnik. Tajemniczej i zabawnej budowli. Kwiatek opowiada, że to żelbetowy zasobnik węglowy do zaopatrywania parowozów. Zaiste, budowla nieco przypomina drób.

„Kurczak” w tle. Na pierwszym planie tory i zruinowany przystanek kolejowy.

Towarzystwo biegnie oglądać zabytek kultury przemysłowej, biegniemy i my.

Zruinowany przystanek kolejowy. „Kurczak” w tle. Na pierwszym planie na czarno ubrana dziewczyna w kasku balansuje na szynie torów biegnących w stronę budowli.

Zasobnik jest jednym z czterech w Polsce. „Pod koniec lat 40. Stany Zjednoczone przekazały Polsce dokumentację wraz z wyposażeniem technicznym wysokowydajnych urządzeń zasobnikowych do nawęglania parowozów” (źródło). Zasobnik ruszył w 1951 roku, a w połowie lat siedemdziesiątych zakończył służbę.

„Kurczak” widziany z „żabiej” perspektywy z poziomu torów.

No to pchamy się dalej między torami. Jazda tędy zawsze robi na nas wrażenie.

Spalinowa lokomotywa stojąca na torach. Fragment kolejowych instalacji. Na pierwszym planie samochód – betoniarka, hałdy piasku, silosy. W tle grupka osób na rowerach. Kilka osób na rowerach poruszających się asfaltową drogą pełną kałuży. Po prawej tory kolejowe, po lewej ściana zarośli. Budynek z napisem: Warszawa Główna Towarowa, WGT. Kilka osób na rowerach poruszających się asfaltową drogą pełną kałuż. Poprawej zarośla, po lewej towarowe wagony na torach. Kilka osób na rowerach poruszających się asfaltową drogą pełną kałuż. Poprawej zarośla, po lewej towarowe wagony na torach. Parterowy opuszczony budynek przy torach. Dziewczyna na fioletowym rowerze (tym samym co przed Muzeum Woli). W tle tory kolejowe. Biało-czerwona lokomotywa z napisem: Railpolonia. Na pierwszym planie zarośnięte tory kolejowe. W tle opuszczone kolejowe budynki. Zarośnięty rozjazd kolejowy. Kilka osób na rowerach porusza się asfaltową drogą przecinającą tory. Droga prowadząca między ścianą zieleni a wagonami sypialnymi.

W Gołąbkach przeskakujemy tory i lądujemy w Morach gdzieś w okolicach Połczyńskiej. Zupełnie nie możemy dopasować miejsca do mapy. Co jednak nas nie smuci, mamy tak często podczas wycieczek.

Osoba na rowerze na piaszczystej drodze. W tle blokowisko. Nierówny, pełen kałuż piaszczysty przejazd pod wiaduktem kolejowym. Piaszczysta droga zalana wodą. Po prawej stronie grupka osób na rowerach.

Jedziemy wzdłuż jakiejś obwodnicy, chyba S8.

Po asfaltowej drodze porusza się kilka osób na rowerach.

A potem w las, obok Fortu Blizne. I przez Radiowo, gdzie kiedyś w niebo strzelał maszt radiostacji. I znowu fort, tym razem Babice – ślad po carskiej karze za Powstanie Listopadowe i pomyśle, by opasać Warszawę fortyfikacjami i wcisnąć miastu żandarma w postaci Cytadeli.

Kilka osób na rowerach jedzie „tunelem” stworzonym z krzewów i drzew. Asfaltowa droga prowadząca między drzewami. Obelisk upamiętniający uruchomienie radiostacji Babice w 1923 roku.

Krosik przez las Bemowo. Lekki popas przy lotnisku na Bemowie. Patrzymy na zegarki, czas zaplanowany dawno przekroczyliśmy.

Kilka osób na rowerach porusza się po leśnej drodze. Na pierwszym planie zwalone drzewo tarasuje przejazd. Piaszczysta droga między krzakami. Kilka osób na rowerach jedzie po szutrowej drodze między drzewami.

Ruszamy Księżycową i Maczka w stronę Powązek.

Ulica z grupką osób na rowerach.

Bruk na ulicy Księżycowej jest w ewidencji zabytków. Kiedyś z Marcinem zastanawialiśmy się, czemu taki bruk nazywa się „kocie łby” i czemu pomysłodawca nie lubił kotów.

Jezdnia brukowana „kocimi łbami”.

W okolicach Alei Armii AK i Powązkowskiej utykamy na światłach. Peleton nam odjeżdża. Nikt nie poczekał. Gonimy wokół Cmentarza Wojskowego, ale bez efektu. Odpuszczamy.

Osoba na rowerze poruszająca się po parkowej drodze. Po lewej niebieski, blaszany płot.

Wracamy do Powązkowskiej i żegnamy się przy Tatarskiej, którą Marcin rusza w stronę domu. Piotrek jedzie do Okopowej, potem do Anielewicza i niepodziewanie przy Jana Pawła II objawia mu się zgubiony peleton i nie jest to fatamorgana.

Na koniec kilka wrażeń. Odczuwamy lekkie zmieszanie, choć nie jesteśmy wstrząśnięci. Szkoda, że nie wiedzieliśmy, jak ma wyglądać wycieczka: długość, nawierzchnia, czas przejazdu, formuła. Miło znać warunki — wystarczyło napisać to na stronie dotyczącej wycieczki i w socialach. Informacja na początku, że warto mieć aplikację do nawigacji — taka sobie. Nie każdy musi sobie z tym poradzić. W dodatku zabrzmiało jak samospełniająca się przepowiednia; utknęliśmy na światłach, ekipa odjechała, my tylko powąchaliśmy smar z łańcuchów, a trasa w apce i tak nam nie pomogła. Myśleliśmy, że w czasie wycieczki zachowany będzie balans zwiedzanie – jazda. W efekcie było to bardziej pokonywanie kilometrów. Informacja, że trasa jest na trzy godziny, lekko nas zmroziła i zasiała zwątpienie, czy bardziej chodzi o przejazd „na dzidę” czy krajoznawstwo. I mały szczegół, choć niezbyt drogi: wycieczka była biletowana, co w naszym pojęciu oznacza jakieś zobowiązanie organizatorów – ale nie wiemy jakie.

Podobało się nam, bo momentami było jak na naszych wycieczkach. I Odolany możemy zwiedzać do woli. Dowiedzieliśmy się kilku nowych rzeczy o Warszawie, to zawsze nas cieszy. I miło było się przejechać w większym, sympatycznym gronie. Dobrze słuchało się Konrada, fajnie, że muzeum ma takiego normalnego szefa.


Muzeum Woli Warszawa Zachodnia Odolany Armatnia żelbetowy zasobnik kurczak Fort Blizne Radiowo Powązki