Miasto nad Pilicą

Długość trasy: 73 kilometry.

Wiadomo, że do Warki i wiadomo kiedy – 26 grudnia, zaraz po świątecznym obżarstwie. Boże Narodzenie jest szare i bure, a nie białe. Można nie wierzyć w efekt cieplarniany, jednak trudno zignorować temperaturę powietrza o wartości 10°C, trawę zielono-burą, ale jednak trawę i padający rzęsiście deszcz, a nie śnieg.

Przejeżdżamy przez Wisłę Mostem Siekierkowskim i dalej Wałem Zawadowskim kierujemy się w stronę Góry Kalwarii. Warszawa o tej porze oferuje, jak mówi Marcin, niepowtarzalne kadry. Trochę rodem z filmów o miłości, trochę SF – w sumie to może ten sam rodzaj kina.

Wał Zawadowski pokonywany w ciemnościach dostarcza wrażeń niekoniecznie związanych z doznaniami wzrokowymi. Na szczęście dla nas góra wału przeciwpowodziowego jest poszerzona i wysypana szutrem, kiedyś była tu wydeptana ścieżynka pośród trawy. A poza tym, po niedługim czasie zjeżdżamy na błogosławiony asfalt zapewniający mniej doznań, lecz więcej bezpieczeństwa. Po drodze wypłaszamy z pola trzy sarny, które świecąc białymi zadami, halsują z prawa na lewo i z powrotem, by zakończyć manewr na polu, z którego wystartowały. W tak zwanym międzyczasie, szarzeje, sinieje i dnieje. Mijamy mostek na Jeziorce, która płynie przez Konstancin i Chylice, opłukuje granice Piaseczna, mija Głosków, czyli rzeczkę, która była towarzyszką naszych kilku wycieczek (Niezobowiązująca Pięćdziesiątka - Gassy, Konstancja już tu nie mieszka, Taki bajer to na Grójec).

Jak się już rozwidniło, to przestało wreszcie padać. Dla odmiany zaczęło bardzo mocno wiać, byśmy mogli przesuszyć mokrą garderobę. My dalej jedziemy Wałem Zawadowskim i przez Piaski odbijamy w stronę Cieciszewa i Kawęczyna.

W Turowicach, przy skręcie w drogę 724 w stronę Góry Kalwarii, napotykamy schowaną między drzewami ni to kaplicę, ni to grobowiec. Pytamy spotkaną panią (zresztą poruszającą się na rowerze) i dowiadujemy się, ze to gotyk – tak mówią miejscowi. Kiedyś był tu dworek, ciągnie pani, a potem PGR, a teraz wszystko niszczeje. Zdaje się, że odnalazł się nawet jakiś spadkobierca gotyku, ale ostatnio się tu nie pokazuje.

Okazuje się, że to resztki XIX-wiecznego dworu. Widać między drzewami chałupę z zapadniętym dachem, więc to pewnie ten dwór właśnie. Dwór i kaplica położone są nad jeziorkiem, w zasadzie jego zamulonymi resztkami, z kilkoma malowniczymi mostkami.

Neogotycka kaplica jest teraz tylko ruiną. Dwór w Turowicach jest nawet wpisany do rejestru zabytków, ale nie poprawia to wcale jego losu.

Jedziemy drogą 724 w stronę Góry Kalwarii. Gdzieś za Brześćcami a przed Wólką Załęską mijamy widok jakby wycięty z angielskiego krajobrazu. Posiadłość jest duża, a dwór słusznych rozmiarów.

A trochę dalej, równie rzadki w krajobrazie prawosławny krzyż. To mogiła żołnierzy rosyjskich poległych w czasie I Wojny Światowej. Wyraźnie zaopiekowana, z kwiatami. Napotykane przez nas rosyjskie mogiły z czasów Wielkiej Wojny zwykle są w lepszym stanie niż te z okresu II Wojny Światowej. Ciekawe czemu?

Wjeżdżamy do Góry Kalwarii, odwiedzanej już przez nas wcześniej. Z kawy nici, w Boże narodzenie nikt nie pracuje. Marcin daje się skusić kawie na stacji benzynowej przy drodze na Czersk i od razu żałuje: kawa jest brunatna, lurowata i ohydna – ląduje w studzience ściekowej.

I nie ma co marudzić, trzeba dalej, do Warki. I prujemy drogą krajową numer 79. Nudnego asfaltu pod dostatkiem. Po drodze kolejna miejscowość do kolekcji ciekawych mazowieckich nazw. A potem, przy skrzyżowaniu z drogą 731, cacuszko gastronomiczne w postaci Karczmy Rzym, bezpretensjonalnie występujące na mapie jako Rzym. Zatrzymuje nas na dłuższą chwilę dopiero Kościół w Konarach.

Przed świątynią dużo aut czekających na wiernych. A w jednym z nich kierowca, który zagaduje nas, czy wybieramy się na wycieczkę czy krajoznawczo jeździmy. Piotrek, chyba nie łapiący sensu pytania, mówi że krajoznawczo do Warki. I pan proponuje nam marszrutę, którą ochoczo przyjmujemy. Za Ostrówkiem skręcamy w stronę Dębnowoli, a potem w Przylocie w stronę Ostrołęki. Pojawiają się coraz częściej sady, przypominające, że jesteśmy na terenie mazowieckiego owocowego zagłębia.

Wjeżdżamy do miejscowości Pilica, nie pozwalającej zapomnieć, że gdzieś tu nieopodal płynie rzeka o tej samej nazwie. A za chwilę jesteśmy w Starej Warce, która była prężnym ośrodkiem handlowym. Przechodził tędy szlak bursztynowy, był tu wczesnopiastowski gród, dominikański klasztor i młyn. A potem przyroda spłatała figla: Pilica odsunęła się od miejscowości, podobnie jak Wisła w Czersku i handel przeniósł się do Warki.

Wjeżdżamy do Warki od strony zabytkowego parku, w którym siedzibę ma Muzeum Pułaskiego. Ojciec Kazimierza Pułaskiego był starostą wareckim, a Kazimierz uczył się w szkole parafialnej w Warce.

Kręcimy się trochę po mieście. Tu też nie mamy szansy na kawę. Jedyne co jest otwarte, to kebab. Ale nie ryzykujemy sprawdzenia menu. W centrum Warki umieszczono pomnik poświęcony mieszkańcom pomordowanym w czasie II Wojny Światowej. Trochę nas jednak dziwi ta lista, bo brakuje około 2000 nazwisk. Likwidując wareckie getto, Niemcy wywieźli prawie 3000 Żydów. Według spisu z 1921 roku w Warce zamieszkiwało ponad 2100 Żydów, co stanowiło 50% miejscowej ludności.

Śladów po żydowskich mieszkańcach Warki w zasadzie nie ma. Jest teren zdewastowanego cmentarza, ale patrząc na to miejsce trudno się domyślić, że był tu kirkut. W wyniku zniszczeń do dziś na cmentarzu nie zachował się żaden nagrobek.

W 1990 roku, w prawdopodobnym miejscu pochówku cadyka Izraela Icchaka Kalisza, wybudowano ohel. Ohel jest stale zamknięty i nie wygląda najlepiej.

Najbardziej okazałym miejscem Warki jest rynek. Pokazuje jak kiedyś wyglądało miasto. Niestety II Wojna Światowa obeszła się okrutnie z Warką – z działań wojennych w latach 1944-1945 ocalały zaledwie trzy domy.

To co na pewno jest urokliwe w Warce, to okolice Pilicy. Latem i wiosną musi tu być bardzo ładnie.

Zbieramy się do powrotu. Zamierzamy wracać pociągiem, więc kierujemy się w stronę stacji. Po drodze znajdujemy miejsce gdzie stał dom, w którym zmarł Piotr Wysocki. Wysocki urodził się w Winiarach, dzisiejszej dzielnicy Warki i po zesłaniu wrócił w rodzinne strony. A dalej widzimy słynny pomnik poświęcony polskim lotnikom poległym podczas II Wojny Światowej.

Wjeżdżamy na dworzec. Elegancko odnowiony w kolorach styropianowej termoizolacji. Zaskakuje nas trochę informacja o porach działania kasy, ale zdążymy jeszcze kupić bilety.

W poczekalni jest automat z kawą; ryzykujemy obaj, kawę wypijamy, choć nie bez lekkiego obrzydzenia. Wsiadamy w pociąg i po godzinie z hakiem Koleje Mazowieckie dowożą nas do Warszawy Wschodniej.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.