Warsaw Bike Show

Długość trasy: 63 kilometry.

Dzisiaj wycieczka podporządkowana jest targom rowerowym. Mamy nadzieję zobaczyć jakieś ciekawe sprzęty i wyposażenie do bajków. Może też będzie okazja przejechać się na czymś fajnym.

Ruszamy w stronę Nadarzyna planując powtórzyć spory kawałek trasy przejechanej w grudniu. Jedzie też z nami Marek, z którym byliśmy w ŁodziGdańsku.

Prujemy Alejami Jerozolimskimi w stronę Pruszkowa. Za Łopuszańską odbijamy w techniczną drogę biegnącą wzdłuż drogi numer 7.

Potem znosi nas gdzieś w stronę Opaczy, którą przecinamy ulicą Środkową i przemykamy pod estakadą S7.

Łąkową wjeżdżamy do Michałowic. Dalej podążamy ulicą 3 maja. Michałowice tutaj, to zupełnie inna miejscowość niż Michałowice widziane od strony Alej Jerozolimskich. Tak jak w przypadku Raszyna, na charakter miejscowości ma ogromny i zły wpływ obecność dużej drogi przelotowej. Przy przelotówce miejscowość znika, staje się głośnym i przyszarzałym zapleczem – sąsiedztwo samochodowe nie jest rozwijające. A na 3 maja spokój, cisza i całkiem przyjemna architektura.

W drodze do Sokołowa atakują nas rozliczne doznania. Dla Piotrka okolica trąci Gwiezdnymi Wojnami, Marek jest tego blisko – choć widzi tu raczej tureckie Star Wars. Natykamy się na ślady Hotelu Venecia Palace, który kiedyś wywarł na nas niezapomniane wrażenia.

Aleja słupów elektrycznych czyni nas małymi wobec zdobyczy techniki. I rozczula nas dbałość o bezpieczeństwo ruchu polowego/drogowego – jakie bryki tu jeżdżą, jaką moc mają, skoro trzeba ograniczyć prędkość?

W samym Sokołowie też można spotkać ciekawe domy, jednak sporo z nich jest w stanie zwiastującym rychły upadek.

Jesteśmy już całkiem blisko Ptak Warsaw Expo, gdzie odbywają się targi rowerowe. Jeszcze mały pasaż przez lasek w kierunku Paszkowa i widzimy wielkie hale na obrzeżach Nadarzyna.

Pełno tu samochodów, bo odbywają się tu też inne imprezy. Tak po prawdzie, to trudno się zorientować jak dostać się na interesujące nas wydarzenie, a obsługa nie bardzo jest zorientowana. Najwięcej ludzi jedzie wystawę budowlaną i coś o nazwie Targi Fitness i Sportów Siłowych Go Active Show.

Wokół hal nie występuje żadna infrastruktura rowerowa, a bajki parkowane są gdzie popadnie. My przypinamy się do masztu. Znajdujemy wejście i rejestrujemy się, dostajemy opaski na nadgarstki i możemy wejść.

Szukamy rowerów i nie jest to proste. W oczy rzuca się duża liczba ciał, nad którymi ich właściciele i właścicielki musieli się sporo napracować. Obcisłe trykoty i koszulki podkreślają muskulaturę każdego kawałka ciała. Czyli trafiliśmy na święto fitnessu.

Jaskółka w postaci rykszy, elektrycznej zresztą, targów rowerowych nie czyni.

Orientujemy się, że to także impreza dla tych co lubią powalczyć. W hali stoi klatka, w której póki co bawią się dzieci, ale pewnie potem będzie można popatrzeć na aktywności o mniej pokojowym charakterze.

Szczęśliwie zaczyna się pokaz bmx’ów. Chłopaki na rampach fruwają na wszystkie strony, wysoko pod sam dach hali. Jednak trafiliśmy w miejsce, które ma jakiś związek z rowerami.

W tej samej hali co bogowie i boginie fitnessu znajdujemy rowerową część. Pierwsze wrażenie jest takie, że królują rowery z elektrycznym wspomaganiem. To chyba jest przyszłość turystyki rowerowej, a na pewno poszerzenie grona użytkowników. Rower ze wspomaganiem daje szansę, także tym, którzy mając mniej siły chcą jednak pohasać na bajku. Firma Neox prezentuje rower z silnikiem i skrzynia biegów w suporcie. Oferta rowerów elektrycznych jest coraz większa, w zasadzie można znaleźć elektryka każdego rodzaju.

Scoopper pokazał coś na kształt fatbajka, ale też rower składany i coś na kształt hulajnogi/skutera z napędem elektrycznym.

Zupełny wypas można było zobaczyć na stoisku AirBike. Rower firmy Trek, to wysoce zaawansowane elektryczne urządzenie. Akumulator i silnik Boscha z różnymi trybami jazdy, na przykład ekonomicznym czy sportowym. Widelec z włókna węglowego, błotniki jak od motocykla. Bezstopniowa piasta tylna NuVinci, która sama w sobie jest nowatorska, opony odporne na ścieranie przy większych prędkościach.

W jednym ze stoisk można było zobaczyć trochę historii szosowego ścigania się. Stały tam rowery pamiętające pierwsze Wyścigi Pokoju. Jakie te sprzęty są piękne, to naprawdę przedmioty mające duszę.

Firma Strider pokazywała swoje rowerki biegowe, dla dzieci zaczynających jeździć na rowerze. Rowerki biegowe to super pomysł na pierwszy dwukołowiec – uczą utrzymywania równowagi i kierowania bajkiem. Dodanie potem opanowania kręcenia pedałami to już drobiazg. Często rodzice robią błąd kupując dzieciom rowery z doczepianymi dodatkowymi kółkami – nauczenie się trzymania równowagi na czterokołowym rowerze jest w zasadzie niemożliwe. Strider na stoisku zorganizował tor rowerowy dla maluchów – za przejazd otrzymywało się dyplom.

Obok był tor, gdzie można było potestować rowery dla większych użytkowników. Mniejsi też zapuszczali się na tor dla starszych. Niestety modeli do testów było niewiele.

Było trochę modeli fatbajków. Po kilku testowych jazdach odkryliśmy, że fajnie się jeździ na takiej maszynie i używanie fata w Warszawie może mieć większy sens niż nam się dotąd zdawało.

Naszą uwagę przyciągnął trekingowy zielony Fuji Touring. Rower stylizowany na stary, z ciekawie umieszczonymi manetkami zmiany biegów i z zapasowymi szprychami w komplecie. Cena całkiem miła, bo około 3500 złotych.

Na targach można było zamówić bidony z własnym nadrukiem – usługa firmy Bidonex, brawa za nazwę.

Bikes Bazaar pokazał trochę rowerowej biżuterii i estetyzujące rowery miejskie.

Wychodzimy lekko zawiedzeni, choć kilka rzeczy nas zaciekawiło. Jednak czekamy na imprezę bogatą w mnóstwo ciekawych rowerów, możliwość kupienia elementów wyposażenia, z szansą wypróbowania wielu modeli. Najjaśniejszym punktem targów było stoisko AirBike – nie tylko bogato wyposażone, ale też z obsługą, która zna się na rowerach i je lubi.

Z powrotem jedziemy przez Sokołów i Puchały, by odbić w stronę Raszyna. Na mijanym raszyńskim murze pojawia się hasło, nie wiemy jakiego charakteru. I o jakich Rybian chodzi, mieszkańców pobliskiej miejscowości Rybie? A może, jak sądzi Marcin, mieszkańców planety Rybia?

Dojeżdżamy do Alei Krakowskiej, przecinamy S2 i jedziemy w stronę Okęcia. Żegnamy Marka, który mieszka na Białołęce. Potem przeskok Jerozolimskimi, przez Most Poniatowskiego i do domu.

ten wpis na Facebooku


Ostatnie wpisy

 Nowy wpis

Blisko domu

Długość trasy: 40 kilometrów.

Wydaje się nam, że Warszawę zjeździliśmy już całą. Paradoksalnie więc dzisiaj przyglądamy się najbliższej okolicy. I co? Wycieczka jest jednak nieoczywista.

Ostatni taki las

Długość trasy: 183 kilometry.

Do lasu nas gna. I to nie do byle jakiego – ruszamy do Puszczy Białowieskiej. Na stronie Lasów Państwowych można przeczytać, że „Puszcza Białowieska jest dla leśników skarbem. Leśnicy opiekują się Puszczą Białowieską od ponad 90 lat. W 1929 roku ich starania doprowadziły do zerwania kontraktu z angielską firmą The Century ETC, tzw. Centurą, która prowadziła rabunkową wycinkę puszczy”. Dla nas Puszcza też jest skarbem.

Poszukiwacze zaginionej nekropolii

Długość trasy: 93 kilometry.

Gdy na naszym blogu wpisać w pole wyszukiwania „cmentarz”, to pojawia się informacja, że ta fraza pasuje do 42 wpisów. Czyli prawie 40% naszych wycieczek ociera się o śmierć. Pół biedy kiedy tytuł posta brzmi Warszawa cmentarna, ale pisać o cmentarzu przy okazji Niedzielnego spaceru? Dzisiaj ruszamy w poszukiwaniu mennonickiego cmentarza.