Fallout w (naprawdę) Starej Papierni
Długość trasy: 65 kilometrów.
Świat jak z gier komputerowych jest tuż za rogiem.
Jedziemy do Wału Miedzeszyńskiego i Mostu Siekierkowskiego. Zjeżdżamy na Wał Zawadowski. Dawno tu nie byliśmy, a kiedyś to był jeden z naszych ulubionych kierunków. Natykamy się na zaparkowane resztki jakiegoś biednego roweru.


A sam Wał jest coraz wygodniejszy: szeroki, utwardzony. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś była tu ledwie wydeptana ścieżka.


Gdzieś na wysokości Zawad trafiamy na wielki plac budowy. Buduje się południowa obwodnica Warszawy.

Łatwiej będzie ominąć samochodem miasto, jednak Wał Zawadowski i Wisła stracą kameralność i resztki dzikości.



Powalający, dosłownie, jest sposób poinformowania pieszych i rowerzystów o pracach budowlanych – płyty betonowe wprost blokują drogę.

Nad głową turkoczą nam paralotnie, a my dojeżdżamy do Jeziorki, rzeczki, która przepływa przez Konstancin.



Mostek na Jeziorce stał się betonowym mostem. To żadne odkrycie, niemniej rzeczywistość wokół zmienia się bardzo szybko.

W okolicach Gassów spotykamy odświętnie ubrane panie. Co więcej, panie są na rowerach.

Dowiadujemy się, że odbywa się XIII Królewski Flis na Wiśle, czyli początek sezonu flisackiego. Wszystko to na pamiątkę flisów – transportu rzecznego, który kiedyś był głównym sposobem dostarczania towarów z południa Polski, aż do samego Gdańska. W ramach flisu, który zacumował w Gassach, odbywa się Festiwal Kultury Urzecza. Panie są z zespołu Łurzycanki i śpiewały dnia poprzedniego. A dzisiaj przyjechały na flisacką mszę odprawianą w plenerze.




Z Gassów ruszamy w stronę Anusina, po drodze mijamy kolejne Łurzyczanki.



Potem dojeżdżamy do Habdzina i Mirkowa. W zasadzie Mirków to dzisiaj już Konstancin. Ta część ma wyraźnie fabryczny i robotniczy charakter. Przypomina wyglądem włókiennicze Łódź i Żyrardów.

Taka sama czerwona cegła, podobne zdobienia, i w tle fabryczny komin.



A fabryka, to Królewska Fabryka Papieru. W odróżnieniu od tej, w której jest teraz galeria handlowa Stara Papiernia, zachowała autentyczny wygląd. Co prawda jest to teraz ruina, ale daje obraz tego jak tu było na początku XX wieku. I podobno produkowano tu papier, na którym drukowano Konstytucję 3 maja.




Mieści się tu podobno Muzeum Papiernictwa, jednak my zastaliśmy drzwi zamknięte. Fabryka jest w opłakanym stanie i stoi chyba tylko siłą woli. Tylko komin ma się znacznie lepiej niż reszta, chyba dlatego, że jest źródłem zarobku – cały obwieszony jest antenami i nadajnikami.

Teren fabryki jest ogromny i nierówny. Są miejsca totalnej destrukcji i rozpierduchy. Jedno ze zrujnowanych wnętrz daje wrażenie jak podczas eksploracji pustkowi w Falloucie. Tylko grafika bardziej realistyczna.


Znaleźliśmy także elementy rowerowe i to nie byle jakie: Butchers&Bicycles, czyli pierwsza liga kargobajków i Cinelli – producent włoskich rowerów. Polski dystrybutor tych marek tu właśnie ma siedzibę.



Spotykamy też zupełnie zaskakujące i zagadkowe miejsca. Ola, tak głosi napis nad drzwiami i na chodniku. Ale co to jest? Mieszkanie, graciarnia, warsztat?



W innym miejscu widzimy komorę do nurkowania. Dalej grzybiaste konstrukcje jak w Morrowind. Obok stoi pasieka. A dalej resztka willi. Co tu się właściwie dzieje? Ktoś panuje nad tym chaosem?




Ze starej fabryki jedziemy do Starej Papierni. Wpadamy coś przekąsić i wypić kawę.



Z Papierni jedziemy do Parku Zdrojowego. Ostatni nasz tutaj pobyt wypadł jesienią – pogoda nie sprzyjała spacerom.



W kwestii rowerów nic się nie zmieniło – nadal rower trzeba prowadzić.

W parku odbywa się festyn na Dzień Strażaka. W amfiteatrze odbędzie się msza polowa.



Co prawda miasto Konstancin wyposażyło park w eleganckie kramy, jednak festyn rządzi się swoimi – odpustowymi prawami.

Pasiaste namioty szczelnie zastawiają alejki, samochody trawniki. Na straganach pełno chłamu. Włącznie z koszulkami z głupimi napisami.




Na skraju parku można wypożyczyć Konstanciński Rower Miejski. To chyba najmniejsza polska miejscowość, która dysponuje rowerem publicznym?



Do Warszawy wracamy wzdłuż Przyczółkowej.

A tam tłum rowerkowców. To pewnie mieszkańcy Miasteczka Wilanów korzystają z ładnej pogody.


Jeszcze tylko skok przez Sobieskiego, Aleje Ujazdowskie, Most Poniatowskiego i jesteśmy na Grochowie.